Błedy w odchudzaniu czyli jak już schudnę to…

Błedy w odchudzaniu czyli jak już schudnę to…

30 kwietnia 2014 27 przez Anna

       Już dawno nie pisałam nic o zrzucaniu wagi. Można powiedzieć, że stoję w miejscu, oprócz kilkutygodniowych zrywów. Coraz częściej analizuję wszystko co jem i sam sposób myślenia o diecie. Z powodzeniem mogę stwierdzić, że dla mnie dieta jest chwilowa, to jeszcze nie zmiana sposobu życia, choć chciałabym aby takową była. Jest ciężko zmienić sposób myślenia, jeśli kocha się jeść, ale nie jest to niemożliwe.

Bo jestem jak pies.

        A jak już schudnę to… kupię sobie ogromną paczkę chipsów o smaku serowym, potem o smaku cebulowym i kolejną o smaku paprykowym. Oczywiście to wszystko w nagrodę za to, że zrzucę 10 kg. Takie myślenie towarzyszy mi od zarania dziejów. Już w liceum gdy przechodziłam na sławna wówczas dietę 1000 kcal, stawiałam sobie cele i nagrody za ich osiągnięcie. Za zrzucenie 5 kg, miałam sobie kupić… chipsy. Poszalałam, no nie? Za rzucenie 10 kg w nagrodę mogłam sobie pozwolić na pizzę, a gdy osiągnęłabym te moje wówczas wymarzone 15 kg, mogłam zaszaleć i kupić sobie 2 paczki chipsów i pizzę. Czytam i nie wierzę, no ja na prawdę nie wierzę, że można się motywować jedzeniem. Od razu przychodzi mi na myśl mój pies, który w nosie miał pieskie sztuczki, ale jak widział smakołyk to nagle przypominał sobie co trzeba zrobić. Mój umysł działał i pewnie nadal działa podobnie. Nagradzanie się jedzeniem jest głupie i żenujące. Poza tym męczyć się z odchudzaniem, odmawiać sobie wszystkiego co “najlepsze”, a potem najeść się fast foodów? Głupota.

Nie tego nie, bo schudnę i nie będzie pasowało.

       Idę do sklepu widzę fajną sukienkę, na prawdę jest świetna. Krój idealny dla mojej figury, prosty i bezpretensjonalny. Sukienka idealna na każdą okazję, cena przystępna więc czego chcieć więcej? Eeee… szkoda pieniędzy, przecież zaraz schudnę i będzie za duża. Za te 10 kg kupie sobie mniejszy rozmiar. Mija jeden sezon, drugi sezon. Sukienka przestaje mi się podobać, właściwie to jej miejsce zajmują inne modele, a tego minus 10 kg nie ma. Nie ma też sukienki ani wagi, którą przecież za raz, za chwileczkę miałam osiągnąć. Tak nie raz narzekam na Tomka, który oznajmia przez telefon że za chwilkę, bądź za 10 minut wróci z pracy, a rzeczywistość jest nieubłagana i mija 30-40 minut. Moja rzeczywistość jest jeszcze gorsza, bo to moje za kilka tygodni czy miesięcy jakoś nie może nadejść. Słomiany zapał mam.

Siłownia dobra dla chudzielców.

          Jak schudnę to zapisze się na siłownie. Powinnam to w cytat wziąć, wszak to moje autorskie słowa. Nie pójdę ani teraz, ani jak już schudnę bo… Jak schudnę, to uznam, że siłownia nie jest mi potrzebna. Dałam radę schudnąć bez niej, to dam radę utrzymać wagę, czyli najzwyczajniej strata kasy. A wcześniej nie zapisze się, bo przecież jak wyglądałabym na tej siłowni i jeszcze bym się spociła, ludzie by to zobaczyli, same negatywy. Poza tym, mniej czasu stracę jeśli poćwiczę w domu kciuk przerzucający kanały w TV:-p. A tak już na serio, na podróż do i z siłowni traciłabym aż 30 min za każdym razem. Dużo… za dużo… ten czas można by przecież wykorzystać na sprzątanie mieszkania! Tylko czy ktoś by mi uwierzył w to, że ja z lubością dzień w dzień sprzątam? Sama w to nie wierzę, więc nie mam serca wciskać Wam, że tak by było.

Od jutra.

       Od jutra zaczynam dietę, a gdy nadchodzi jutro to… Właściwie to jutro nigdy nie nadchodzi. Logicznie rzecz biorąc jutra nie ma, zawsze jest dziś, lub wczoraj, ale nigdy nie nadchodzi to magiczne jutro. Właściwie od poniedziałku też nie działa, bo niby od którego tego poniedziałku? Jeden, drugi, piąty, dziesiąty. Z tymi poniedziałkami niby jest lepiej, bo one w przeciwieństwie do jutra nadchodzą, ale jest ich tyle, że tak na prawdę nie wiadomo o który chodzi. Dla tego też zaczęłam mówić od dziś i nie ważne jak zaczął się dzień, nie ważne które to już dziś z kolei, ale ono jest namacalne, mogę się nim podeprzeć, jest realne w przeciwieństwie do jutra.

Straszak.

Kiedyś przyszło otrzeźwienie. Zorientowałam się, że coś jest nie tak gdy zobaczyłam swoje zdjęcie.

SONY DSC

Nie żryj tyle, bo twoje dżinsy i legginsy mogą tego nie przeżyć!

   Jeśli ktoś się zastanawia gdzie miałam oczy ubierając się, to szczerze odpowiem, że ja pojęcia nie mam. Chyba zostawiłam je w szafie wyciągając powyższy zestaw. Po zobaczeniu zdjęć, doznałam szoku. Nie mogłam uwierzyć, że ja to ja. O ile lusterko kłamało, o tyle obiektyw nie chciał. Od tamtego czasu traktuje to zdjęcie jako straszak na samą siebie. Szukając zdjęcia do tego postu usłyszałam za sobą ” O matko” i nie, nie odwiedziła nas teściowa ani moja mama. To było jakieś 10 kg temu i choć idealnie nie jest i zdaję sobie sprawę z obecnych mankamentów, to jednak powyższe zdjęcie mnie przeraża w każdym calu. A jak sobie pomyślę, że rok wcześniej ta spódnica spadała mi z tyłka, a na zdjęciu widać ewidentny przykurcz, to już w ogóle dostaję drgawek. To jest jeden z tych bodźców, które działają na mnie lepiej niż niejedna chuda dziewczyna, która na pięknej fotce zachęca do zdrowego trybu życia. Strach jest najlepszym motywatorem w moim przypadku.