Miesiąc bez cukru.

Miesiąc bez cukru.

23 marca 2015 9 przez Anna

    Miało to być typowo wielkopostne wyzwanie. Podobno każdy powód do ograniczenia cukru jest dobry. Założenie było proste, rezygnacja ze słodkiego, tyle że ja tak właściwie słodyczy nie jadam. Tzn sięgam po nie raz na jakiś czas, uparcie kochając wszystko co słone, więc ten post bez słodyczy to takie postanowienie z bonusem, bo więcej cukru pochłaniam w napojach niż potocznie rozumianych łakociach. Założyłam sobie rezygnację ze słodzonych napojów typu pepsi, ciastek, cukierków, batoników i innych tego typu rzeczy i do tego dałam sobie szlaban na chipsy. Co prawda post się jeszcze nie skończył, ale minął już ponad miesiąc odkąd się trzymam i nie puszczam. A to jest spory sukces.

     Dobrze, no może nie do końca jest tak różowo, bo raz dziennie pozwalam sobie na słodzoną herbatę  z cytryną. I raz na jakiś czas wypijam szklankę soku pomarańczowego, ale reszta to czysta woda, lub taka z dodatkiem owoców. Właściwie w ciągu dnia, nie jest źle, ale najgorzej jest po powrocie do domu, gdy mój wzrok mimowolnie wędruje w stronę coli, albo innej słodko gazowanej pyszności. Posiadanie męża oprócz zalet ma również wady. Jedną z nich jest jego wolna wola, której nie mogę niczego narzucić i pozostaje mi tylko wierzyć, że ze swoim żywieniowym wyborem nie będzie się obnosił:-p. Nadzieja matką głupich i nie raz oglądając film, On specjalnie z namaszczeniem nalewa sobie tej pysznej pepsi i chrupie chipsy… To można podciągnąć pod tortury, ale jakoś się trzymam udając że mnie to chemiczne ustrojstwo nie kręci zupełnie. Wyciągam wtedy z zamrażalnika moją tajną broń w postaci mrożonych truskawek i jakoś ochota na chipsy mi przechodzi. Właściwie owoce to niezła broń wymierzona w cukry proste.

    Kolejnym wyrzeczeniem była rezygnacja z jogurtów słodzonych, na rzecz tych naturalnych z dodatkiem suszonych owoców i orzechów. Po 2 tygodniach okazało się, że właściwie te jogurty mnie nie pociągają, choć wcześniej namiętnie kupowałam sobie jeden do spożycia w czasie pracy. Okazuje się, że można bez, a ja nie tyle nie tęsknie za nimi co ich substytut w ogóle nie sprawia mi radości spożywczej. Porzuciłam go na rzecz kefiru, który chętnie piję bez dodatków.

    Zero energetyków. Jedna puszka dziennie podczas 5 dniowego tygodnia pracowniczego to było minimum. Co prawda rezygnacja z nich to postanowienie adwentowe i śmiało mogę liczyć 4 miesiące bez nich, to stwierdziłam, że moim sukcesem muszę się pochwalić właśnie w tym wpisie, bo cukru było tam całkiem sporo, albo może substancji słodzących, ale na jedno wychodzi.