Ja idę do pracy gdy jestem chora, bo to wpajano mi juz w szkole.

Ja idę do pracy gdy jestem chora, bo to wpajano mi juz w szkole.

23 października 2013 20 przez Anna

     Jak jesteś chory to nie idź do pracy, nie zarażaj innych. A jak się ma to do rzeczywistości? A no średnio. Każdy się boi o stanowisko, każdy chce zarobić, ma na utrzymaniu rodzinę, dom, kredyt, samochód, psa czy chomika. Ma zobowiązania, które musi uregulować, aby nie popaść w długi.

     Praca to miejsce w którym zarabiamy na nasze utrzymanie, w którym mamy zobowiązania w stosunku do szefa i kolegów z pracy. Jak to się ma do chorowania? A no nijak. Choroby nie są pożądane wśród pracowników których zatrudniamy. No nie ma co się oszukiwać, chorujący pracownik odpoczywający w domu to:

– niewypełnione obowiązki,

– mniejszy zarobek dla firmy.

    Jasne, że osoba która przychodzi chora do pracy, zaraża innych i ci inni na tym cierpią. Większość taką osobę ma ochotę zlinczować i poćwiartować. A główna myśl o takiej osobie jest jedna: “Taaa bo jak na to L4 pójdzie, to jej tych grosików ubędzie, ale pazerna  istota”. Ale nikt nie patrzy na to, że ta pazerna istota może mieć dziecko, które non stop choruje i np. bierze co chwilę opiekę, a gdyby wzięła jeszcze L4 to szefostwo urwałoby głowę, albo patrzyłoby nieprzychylnie. Przypuśćmy, że dany pracownik nie ma rodziny w pobliżu i w razie choroby dziecka, to on musi z nim zostać w domu. Jak wiadomo przedszkola i szkoły to wylęgarnie zarazków i bakterii. Dziecko w przedszkolu spędza tydzień, a dwa w domu z powodu choroby. I co wtedy? Co jeśli jeszcze do tego dochodzi choroba rodzica?

 katar

      źródło: http://mdou-63.ucoz.ru/index/sovety_doktora_ajbolita/0-59

     W artykule na Fochu.pl, autorka tekstu napisała, że świat się bez pracownika nie zawali i że bulwersuje ją taka nieodpowiedzialność, jak również nagradzanie pracowników premią za niewykorzystywanie L4. Prawda jest taka, że czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci. Niech pierwszy rzuci zwolnieniem lekarskim ten, kto choćby raz nie dostał informacji w okresie młodzieńczym, że za frekwencje na lekcjach wychowania fizycznego będzie się dostawać 5? Znajdzie się choćby jedna taka osoba, która nie pamięta takowego procederu? Ja piątki za comiesięczne podsumowania frekwencji na wychowaniu fizycznym dostawałam w podstawówce od 4 klasy, w gimnazjum przez całej jego trwanie i w liceum.  Nasiąknęłam tym. Za wszelką cenę, jako młode dziecię, chciałam mieć jak najlepsze oceny, nie dla tego, że mama kazała, ja sama czułam taką potrzebę. Ja sama dążyłam do tego abym mieć 10 piątek z wychowania fizycznego. Co ciekawe przeważnie mi się udawało pamiętam tylko 3 lata w których miałam tylko 8-9 piątek za obecność. Od dzieciństwa przyzwyczajano mnie, że jeśli będę walczyć sama ze swoimi słabościami dostanę nagrodę, wiec nie rozumiem zdziwienia, że w życiu dorosłym ludzie postępują podobnie.

     Jasne, że nie jest to w porządku, bo zaraża się innych, ale zanim określi się danego człowieka mianem nieodpowiedzialnego idioty, czy zachłannego dorobkiewicza, może warto zastanowić się skąd takie postępowania się biorą? Bo wątpię, żeby osoba, która całe życie wolała się wychorować we własny łóżku, nagle zmieniła światopogląd o 360 stopni. Ciekawe czy równie gorliwie ci którzy nie chcą chorować, agitowaliby przeciw co miesięcznemu nagradzaniu uczniów za udział w zajęciach.