Nadopiekuńcza matka.

Nadopiekuńcza matka.

6 sierpnia 2013 8 przez Anna

    Nadopiekuńcza matka to taka, która na każdym kroku boi sie o własne dziecko. Najchętniej we wszystkim by je wyręczyła, po to tylko, aby latorośli nic sie nie stało. Spokojna zabawa na placu zabaw jest niemożliwa, bo matka jak cień kroczy za swym dzieckiem, jazda na rowerze wiąże się z ogromnym strachem, bo przecież maluch może się przewrócić, stłuc kolano, złamać rękę, wybić sobie ząb, albo nabić potwornego guza na czole.

      Jestem matka wypośrodkowaną, choć nie. Mężczyzna mój podczas sobotniego spaceru narzekał, że panikara ze mnie. Nie  boje się, gdy mały wychodzi na drabinki na placu zabaw, nie biegnę gdy zjeżdża z rury strażackiej, nie przejmuje się gdy przewróci się pod blokiem na rowerze i nabije sobie siniaka, lub obedrze kolana. Nie wzrusza mnie wówczas jego płacz, wychodzę z założenia, że czasem trzeba sobie nabić guza, ale jest coś co mnie przeraza. Bardzo boje się wysokości i to nie tylko wtedy gdy ja zbliżam się do krawędzi, a poniżej widzę 2-3 metrowy spad, większą paniką reaguje gdy do krawędzi zbliża się moje dziecko. Zaczynam panikować, dziecku najchętniej zabrałabym rower, który sobie spokojnie prowadzi i  kazałabym mu maszerować zaraz przy prywatnych ogrodzeniach, najbardziej oddalonych od urwiska, a sama jeszcze osłaniałabym odległość dziecka od fosy, tak aby przypadkiem małe nieopatrznie nie zachwiało się i nie wpadło. Podobnie reaguję na wąskich chodnikach gdy dziecko jedzie rowerem. Ja nie raz pisałam, że mam cudownego syna. Jest prawie grzeczny, wiele potrafi i w miarę dziecięcych możliwości jest zdyscyplinowany. Pięknie jeździ na rowerze, jednak gdy musimy przejechać wąskim chodnikiem, mnie ogarnia czarna rozpacz, bo co z tego, że mały ładnie jeździ? Wystarczy chwila nieuwagi i mały nieopatrznie może zjechać na ulice pod samochód. Podczas takiej drogi waruje jak ten pies przy kole rowerowym, podbiegam za małym, bo ile można słuchać jedź wolniej, uważaj, patrz przed siebie? No każdy by wymiękł tym bardziej dziecko, które przecież uważa. Oczywiście wysłuchałam całej litanii od mojego większego mężczyzny, że zachowuje się jak głupia, że przesadzam, no bla bla. Nie przesadzam ja się martwię, każdy ruch małego kalkuluje i  rozkłada na milion kawałków z tysiącem zakończeń. Bo przecież, może się zdarzyć tyle złych rzeczy, może być jakiś kamień na którym dziecko się przewróci, albo dziura, albo jakieś zwierzę wyskoczy, albo zwyczajnie mały straci równowagę. No wszystko się może stać, a ja tylko chcę tego uniknąć.

       Wiele osób krytykuje matki roczniaków czy dwulatków, które biegają za maluchami krok w krok na placach zabaw, a ja uważam że to zupełnie naturalne. Sama tak robiłam, nie ingerowała w zabawę, po prostu asekurowałam. Dla jednych to głupota, no bo co te matki w ogóle robią, bo przecież dziecko może się przewrócić, bo tak przyzwyczajane dzieci wyrosną na maminsynków, a dla innych to konieczność, bo wolą być blisko. Najzabawniejsze jest to, że matki są wiecznie na świeczniku, najpierw krytykuje się nas, gdy za bardzo się przejmujemy, ale gdy nieopatrznie nie dopilnuje się dziecka i coś mu się stanie, od razu złowieszczy wzrok kieruje się na nas matki. Bo jak to, czemu nie pilnowała, siedziała sobie na ławeczce, a dziecko zrobiło sobie krzywdę. Ta wyrodna baba to chyba wyobraźni nie ma, jak można nie pilnować dziecka.

– No widzisz? Stałaś koło niego a oblał siebie i ciebie gorącą wodą.

       Tak skomentował sobotni wypadek z gorącą wodą prysznicową mój luby. Oczywiście było to w odniesieniu do wcześniejszej spacerowej paniki w moim wydaniu. Czasem nie jesteśmy w stanie uniknąć każdego wypadku i trzeba się z tym pogodzić, ale też musimy liczyć się z tym, że cokolwiek nie zrobimy i tak może być poddane ocenie. Po przemyśleniach wyszłam z założenia, że muszę trzymać nerwy na wodzy, jednak podążanie za intuicją i delikatny nadzór wcale nie musi być czymś złym, nawet jeśli innym się to nie podoba.