Nie biję, ale konsekwencji się boję.

Nie biję, ale konsekwencji się boję.

22 listopada 2013 26 przez Anna

      Nie od dziś wiadomo, że model wychowania dziecka, zależy głównie od panującego nurtu. Przyszło mi żyć w czasach, gdzie jest moda na “nie bicie”. Sama dorastałam w czasach gdzie klaps nie był problemem i chyba dla tego mam podzielone zdanie na ten temat, jednak nie o moich widzi mi się będzie ten wpis, tylko o faktach idących w parze z ” Kocham nie biję”.

 stylowi_pl_fotografia_1732923

    Samego nurtu niebicia nie potępiam w sumie nie mam zdania. Czasem ma wrażenie że niektórym dzieciom porządne lanie by się przydało, ale to w sytuacjach, kiedy już wszystko zawodzi. Zapala mi się myśl, która kusi, a przylej mu, to się nauczy. Nie wiem, raz strzeliłam klapsa dziecku chyba w ubiegłym roku, był to o raz za dużo i więcej było z tego negatywów niż pozytywów. Młody darł się jeszcze bardziej niż wcześniej, a ja miałam kaca moralnego. Stwierdziłam że odpuszczam, że wole już nawrzeszczeć, przynajmniej wyrzuty sumienia mnie nie zjedzą. Pomijając względy moralne, opowiadające się przeciwko biciu dzieci są również konsekwencje prawne. Obecnie jeden klaps może zostać odebrany jako systematyczne znęcanie się nad dzieckiem. Z jednej strony jest to wspaniałe rozwiązanie, bo w końcu ludzie którzy katowali swoje dzieci będą mieć bat nad sobą ( choć oni akurat mają to w poważaniu), a z drugiej strony, normalny rodzic się boi. Czego się boi? A no szkoły się boi, apteki się boi, sklepów się boi i przedszkoli się boi, no i lekarzy się boi. Każdy siniak, który nabiło sobie dziecko, może być uznany za urazy po znęcaniu się nad nim. Każdy taki siniak może zobligować placówkę szkolną do sprawdzenia stanu zdrowia dziecka, czy tych siniaków przypadkiem nie ma więcej. I nie byłoby w tym nic dziwnego, ani niewłaściwego ( bo w końcu chodzi o bezpieczeństwo najmłodszych), gdyby nie fakt, że w takim przypadku nie działa coś takiego jak domniemanie niewinności rodzica, dziecko brane jest pod lupę i sprawdzane pod kątem znęcania się!

       Za dawnych czasów, gdy dziecko szło z zadrapaną buzią, czy z siniakami na kolanach nikt się temu nie dziwił. Ot przypadłość dziecięca, nikomu nie wpadłoby do głowy, aby oskarżać rodziców o znęcanie się, bo normalnym był fakt, że dzieci skaczą, przewracają się, czasem między sobą się poszarpią. Uwagę zwracano tylko wówczas gdy dziecko posiadało oznaki, które mogły świadczyć o przemocy domowej.  Ja obecnie prowadząc dziecko do przedszkola zastanawiam się czy ten nowy ogromny siniak na udzie będzie punktem zapalnym, czy jeszcze mi darują. Wiem, że inne dzieci już były sprawdzane, że z niektórymi mamami już rozmawiano na temat “znęcania się” i nigdy nie były to miłe rozmowy. W takich przypadkach nikt nie powie głośno, że katujesz własne dziecko, ale spojrzenie mówi samo za siebie. Nie rozumiem jakim prawem, my normalni rodzice, którzy swoich dzieci nie tłuczemy, mamy się bać, że zostaniemy o coś oskarżeni. Nie zaspokaja mnie stwierdzenie co niektórych, ze to wszystko dla wyższego celu, że lepiej o 10 więcej bezpodstawnych interwencji, niż o jedną za mało. Dla kogo lepiej? No dobrze, może dla tego 1 dziecka, które zostało uratowane, ale co z tymi 9 pozostałymi rodzicami, którzy tych sytuacji nie zapomną? Co z tymi rodzicami bezpodstawnie oskarżonymi? W nich to pozostanie na zawsze, niesmak, lęk przed kolejną taką sytuacją. Każdy kolejny siniak będzie dla nich tragedią, bo oto zaraz mogą mieć na karku pół szkoły, policję, MOPS, kuratora i nie wiadomo co jeszcze. Nie przemawia to do mnie, nie sama idea z którą się zgadzam, bo przemoc rodzi przemoc, ale to że obecnie tak na prawdę każdy jest podejrzany, każdy jest obserwowany, każdemu patrzy się na ręce. Czy na prawdę musimy wychowywać swoje dzieci w strachu, że ktoś z za rogu wyskoczy i powie ” Ona katuje dziecko, na pal z nią!”? I nie jest tak, że ludzie, którzy są w porządku nie powinni się bać, oni właśnie boją się podwójnie. A zdałam sobie z tego sprawę, gdy jedna z mam powiedziała, że jej dziecko w szkole było “sprawdzane” pod tym kątem. Siniaka nabiło sobie w drodze do szkoły, ale placówka musiała zareagować, zareagowała tak, że do dziś da się dojrzeć w tej kobiecie rozgoryczenie i strach. Bo co jak dziecko znowu się gdzieś przewróci? Sama zostałam zlustrowana na wskroś przez panią z apteki, gdy przyprowadziłam syna z podbitym okiem. Nie powiem, żeby było to coś miłego…

Dzieci są ważne, ale rodzice też są ważni i nie można o tym zapominać.