Jeden sms i moja panika. Nie, nie otrzymałam wiadomości, że moje dziecko spadło z drabinki i rozbiło nos, ani że potknął się o sznurowadło i upadając złamał rękę. Miał tylko jechać kilkadziesiąt kilometrów sam po to, aby spełnić swoje marzenie. To takie prozaiczne przecież, że każdego ciągnie w nieznane i nastaje czas, w którym zaczyna spełniać punkty z własnego planu na życie.

Przez siedem lat zdążyłam się przyzwyczaić, że każda sobota jest nasza. Nieraz się wkurzałam, że ciężko mi zrobić obiad, że jeszcze ciężej posprzątać, bo gdy ja się z czymś uporam to mały tajfun unicestwi moje dokonania, ale są też pozytywy, wspólne zakupy, sprzątanie, rozmowy, wygłupy, czasem kłótnie. Ale zawsze razem. A w ostatnią sobotę zostałam sama i aż nie wiedziałam, w co mam ręce włożyć.

woman-659350_1280

Macie tak, że czasem o czymś marzycie, ale gdy w końcu to marzenie się spełnia, to nagle uświadamiacie sobie, że jednak to nie jest to? Ja tak właśnie miałam. Tak bardzo marzyłam o wolnym dniu, że jak on nadszedł to nie potrafiłam się nim cieszyć i jak ta matka kwoka zachodziłam w głowę czy przypadkiem mu nie zimno, czy nie płacze, a może bus złapał gumę w szczerym polu i młody trzęsie się z nerwów.

W mózgu matki.

Gdy kobieta zostaje matka, czy chce czy nie chce w jej mózgu przestawiają się pewne zwoje i dają o sobie znać w najmniej spodziewanym momencie. Czasem nawet nie mamy pojęcia o tym, że taka zmiana się dokonała do momentu, w którym nie spotka nas sytuacja krytyczna.

Gdy odwiozłam młodego na zbiórkę, jeszcze było ok. Szybkie machanie na dowidzenia i powrót do domu. A potem mój mąż poszedł do pracy i zostałam sama, całkiem sama. A jak człowiek jest sam, to wyobraźnia podpowiada mu straszne rzeczy. I przy każdej próbowałam stawiać się do pionu, że następny wyjazd będzie mi już latał koło tyłka, bo się przyzwyczaję, a nawet będę czekać na to, aby wykopać młodego z domu. I tak oto doszłam do zakończenia szkoły średniej i jego ewentualnych studiów, jeśli zechce, usamodzielnienia się i wyfrunięcia z gniazda. Czyli czegoś, na co potencjalni rodzice czekają z utęsknieniem. Czegoś, na co ja osobiście czekałam i nawet odliczałam lata i miesiące. Uznałam wtedy, że to jednak fikcja, że czekamy na coś, a im bliżej to mamy, to bardziej się boimy, a czasem nawet widzimy ile możemy stracić.

Pisklę w gnieździe.

Ta ogromna ulga, która przyszła wraz z chwilą, gdy z busa wylazł na chłód porozpinany młody, z bananem na buzi i z medalem na szyi. Pal licho medal, był cały, tak jak się spodziewałam nieubrany tak jakbym ja go ubrała, ale był zdrowy i zadowolony. A w domu, gdy już usiadłam na kanapie i wsłuchiwałam się w jego paplaninę, uświadomiłam sobie, że to ta cisza mnie rozstrajała. Bo jak ktoś przez siedem lat się nasłucha tego nieustannego trajkotania, to potem mu tego brak. Tak… zdecydowanie taki dom lubię, choć czasem mam ochotę młodego zakneblować, to jego paplanina wytycza mi normalność i pozwala funkcjonować. I chyba mimo wszystko nie byłam gotowa na to, że to moje pisklę odważy się pofrunąć samo i nie będę gotowa na to, że kiedyś pożegna się ze mną i wyruszy w swoją własną życiową podróż.