Planuję nie odkładam na później.- Przekonałam się, że to ma sens!


Moim zdaniem / niedziela, Styczeń 14th, 2018

     Nie chodzi tu o postanowienia na obecny rok, ale o  to że planuję tak ogólnie. Zaczęłam mieć wrażenie, że czas przelatuje mi przez palce. Nie dość, że mam go mało, to jeszcze nie potrafię go sensownie wykorzystać. Wszystko przez to, że sporo rzeczy odkładałam w czasie, uznając je za mniej ważne, aż w końcu nawarstwiło mi się tyle rzeczy do zrobienia, że nie byłam w stanie sobie z nimi poradzić.

    Gdy na co dzień ma się do ogarnięcia mieszkanie, pracę, zadania domowe z synem, jego treningi i własne bieganie, nagle okazuje się, że nie ma czasu, chociażby na bloga czy na przeczytanie książki. O wciśnięciu czegoś w kalendarz nie wspomnę. Pod choinkę dostałam Planner Ewy Chodakowskiej, a sama zakupiłam sobie kalendarz i zaczynam żyć według organizacji. Nie powiem, pomaga mi to trochę nie oszaleć. A przede wszystkim pomaga mi to nie tracić czasu na bzdety.

planuję

Planuję i nie odkładam na później.

   Macie czasem tak, że czystego lenistwa nie robicie tego, co powinniście i przekładacie to w czasie, a potem okazuje się, że musicie to zrobić z językiem na brodzie? W dodatku nie jesteście zadowoleni z efektów, ale przez brak czasu nie możecie wprowadzić poprawek. Mam tak bardzo często i staram się z tym choć trochę walczyć.

   Zapisuję w kalendarzu rzeczy, które muszę zrobić, wciskam je pomiędzy treningi młodego i inne obowiązki. Gdy uda mi się je wykonać jestem jakby spokojniejsza. Ale pewnie tylko przez to, że w końcu nad tym panuję. Rzeczy zapisane, cały czas tam pozostają, nie zostaną zapomniane, nawet jeśli czasem się je przypadkowo przeoczy. Zawsze można do nich w porę wrócić.

Jak planować?

   Jeśli mam dużo rzeczy do zrobienia, zapisuję je na zwykłej kartce, a potem dopasowuje do planu dnia, w którym będzie mi je najłatwiej wykonać. Każdy punkt z listy skreślam, tak aby nie został wpisany do kalendarza po raz drugi. W ten sposób nie zapominam o niczym i na wszystko przychodzi pora.

Rzeczy wymagające poświęcenia większej ilości czasu, zawsze zapisuję na wtorek lub piątek, gdyż w pozostałe dni tygodnia treningi Kacpra uniemożliwiają mi zrobienie czegokolwiek, co wymagałoby dużej ilości czasu, lub obecności w danym miejscu przed godziną 18:00.

Oczywiście są takie sytuacje, gdy nasze plany ulegają zmianie i zostają wyeliminowane przez chorobę lub zdarzenie losowe. Nic bardziej mnie nie wkurza, niż właśnie takie niedomagania, ale i to da się przezwyciężyć, zostawiając sobie zawsze na tyle czasu, żeby móc w spokoju pochorować.

Oto jeden prosty przykład mojej bezmyślności.

   Miałam kiedyś przygotować recenzję produktu, na którą miałam 2 tygodnie. Niby nie mało, ale też nie jakoś ogromnie dużo. Oczywiście nie zabrałam się do niej od razu. Owszem produkt testowałam, ale zdjęcia i wpis pozostawiłam na „później”. Tydzień później wykonałam fotografie, jednak miałam jeszcze sporo czasu na napisanie artykułu.

   Jakieś 3 dni przed terminem publikacji zmorzyła mnie choroba. Wirus taki, że jedyne o czym marzyłam, to ciepłe łóżko i poduszka. Przeleżałam tak 2 dni, aż w końcu olśniło mnie, że muszę napisać recenzję i obrobić zdjęcia. Tekst rodził się w bólach, zdjęcia obrobiłam tak, że dziś właściwie mam ochotę je poprawić, albo zrobić raz jeszcze. Oczywiście, gdybym zaczęła pracę nad tekstem odpowiednio wcześnie, jedyne co musiałabym zrobić podczas choroby, to kliknąć publikuj i grzać się pod kołdrą. Nie musiałabym się głowić nad poprawnością tego, co chcę napisać i nad tym, że nie wygląda to tak, jak powinno. Do tego, byłabym bardziej zadowolona z efektu i nie ścigałabym się z czasem, jedną ręką pisząc, a drugą trzymając chusteczkę przy ustach.

  Wpis został zaakceptowany i opublikowany. Agencja była zadowolona, ale u mnie niedosyt pozostał i od tamtej pory, staram się mieć wszystko gotowe wcześniej. Sprawdziło się to również ostatnio. Na szczęście na ostatnią chwilę zostawiłam tylko zmiany kosmetyczne w publikacji i gdy czułam się jak przejechany kot na autostradzie, byłam sama sobie wdzięczna, że nie muszę zaczynać od początku.

Kolorowe długopisy.

   Mimo tego, że mamy zelektronizowane notatniki i kalendarze, ja wolę używać takich w wersji książkowej. Idealną pomocą w planowaniu i zaznaczaniu ważniejszych wydarzeń i rzeczy do zrobienia są kolorowe długopisy, cienkopisy i zakreślacze. Dwa ulubione kolory powinny wystarczyć do tego, aby zaznaczać to, co jest dla nas priorytetem.

Naklejki i ikonki.

   Miłą odskocznią w plannerach są też naklejki i ikonki, które ożywiają wnętrze i sprawiają, że chce nam się dalej zapisywać nasze postanowienia. Mogą one również wzbogacić kalendarz, zwracając uwagę na jakieś ważniejsze spotkania, czy zwykłe przemyślenia. To do czego ich użyjemy, jest ograniczone jedyne przez naszą wyobraźnię, a ona jak każdy wie, nie ma żadnych ograniczeń.

W czym planować?

    Jak wspomniałam wcześniej mam planner odchudzania i zwykły kalendarz. W Kalendarzu znajduje się dosłownie wszystko, począwszy od pomysłów na blogowe wpisy, po wizyty dentystyczne, wywiadówki, spotkania komunijne. Jedyne czego w nim nie umieszczam, to informacji o treningach z uwagi na to, że do tego potrzebuję o wiele więcej miejsca i doskonale sprawdza się w tej kwestii planner. Cała reszta ląduje w kalendarzu.

   To jaki planner czy kalendarz wybierzecie zależy od tego, do czego jest Wam potrzebny. Gdybym chciała połączyć wszystko w jednym miejscu, musiałabym mieć naprawdę gruby egzemplarz, albo musiałabym zadbać o to, żeby zapisywać zwięźle tylko to, co najważniejsze. Bez zwracania uwagi na prywatne spostrzeżenia.

(Visited 72 times, 1 visits today)

Related Post

3 Replies to “Planuję nie odkładam na później.- Przekonałam się, że to ma sens!”

  1. Z kalendarzem mam niestety ten problem, że o ile wszystko w nim zapiszę to zapominam zaglądać do niego codziennie… Dlatego na co dzień częściej korzystam z aplikacji, do której mam dostęp online z każdego komputera oraz z telefonu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.