Sukienka na komunię dla matki #2. I dlaczego nigdy nie polubię zakupów.


Moim zdaniem / niedziela, Kwiecień 22nd, 2018

Tylko koszula i pasek. Właściwie tylko to zostało młodemu do zakończenia przygotowań. Jeszcze kilka spotkań i za 2 tygodnie o tej porze, będzie już po komunii i po stresie z nią związanym. Nawet ja znalazłam sukienkę na swoje cztery litery. Trzeba wam wiedzieć, że nawet z sukienką na ślub nie miałam takiego problemu, jak ze znalezieniem zwykłej, zakrywającej pośladki sukienki, która będzie się nadawać na komunię.

No ale w sumie to ja nie o tym. Podrzucę wam ostatnią serię zdjęć z przymierzalni. Wpis dla ludzi o mocnych nerwach i z poczuciem humoru.

   

Od razu napiszę, że żaden z powyższych egzemplarzy nie został zakupiony, za to po tym maratonie sukienkowym odkryłam kilka rzeczy.

Jeśli znajdzie się taki laik odzieżowy jak ja, to w głowie tworzy sobie swoją własną wizję siebie w danym modelu. Rzeczywistość jednak szybko weryfikuje poglądy. Bo okazuje się, że w tej super wystrzałowej kiecce widać cellulit, albo wychodzą boczki. Albo ma taki dekolt, że brak obfitego biustu aż razi w oczy.

Kolejna sprawa to ekspedientki. W większych sklepach pilnują one głównie tego, czy ktoś nie wynosi rzeczy i właściwie takie lubię najbardziej. Nie lubię tego oddechu i zaglądania, co akurat wybieram, a takie można spotkać w mniejszych butikach. Prawda jest taka, że gdyby nie Panie z mniejszych sklepów, mój wpis zakończyłby się zaraz po dodaniu zdjęć. W mniejszych sklepach natknęłam się na jedną przemiłą Panią, która usiłowała mi pomóc, ale zgadzała się na wszystko, co jej mówiłam. Jej jestestwo ograniczało się do wyszukania odpowiednich rozmiarów. Niestety żadna z mojej wizji nie doszła do skutku, bo modele sukienek w donoszonych rozmiarach był za małe, albo za duże u góry a za małe w biodrach. Pani szybko wycofała się z narzucania mi czegokolwiek. Większość osób się wycofuje, więc wcale jej się nie dziwię. Gdybym spotkała na zakupach taką babę jak ja, też bym machnęła ręką.

W drugim sklepie spotkałam Panią, która potrafiła mi się postawić, ale zaproponowane modele nie do końca na mnie leżały. Jedynie czerwona sukienka z długimi rękawami, była w miarę. Wyszłam ze sklepu z myślą, że może po nią wrócę, jeśli nie znajdę nic innego. Nie wróciłam, bo dzień później znalazłam swoją sukienkę. Jednak ta Pani przemyciła trochę swojego zdania, nie zraziła się tym, że nie do końca podobało mi się to, co znalazła, w tym ta czerwona sukienka.

W trzecim sklepie trafiłam na przemiłą kobietę, która dodawała mi milion punktów do mojego poczucia własnej wartości, jednak nie sprawiło to, że znalazłam sukienkę na siebie. Wszystko przez to, że ciągle uważała, że powinnam szukać mniejszego rozmiaru. No niestety, znam swoje gabaryty i wiem, że mniejszy rozmiar w moim przypadku nie wchodzi w grę z uwagi na biodra boczki i brzuch. A poniżej przykład fajnych sukienek i kompletnie nietrafionych rozmiarów, bo Pani wydawało się, że jestem chudsza.

W czwartym sklepie trafiłam na młodą petardę, która mnie trochę zbojkotowała. Najpierw na moją odmowę zareagowała pozytywnie, czyli posłuchała mnie i nie narzucała się. Wróciła jednak za jakiś czas, chyba w momencie, w którym łapałam największy wnerw i zaproponowała pomoc. Zrobiła to z jakimś wyzwaniem we wzroku i nawet miałam jej powiedzieć, że się rzuca z motyką na słońce, bo jej pewność siebie aż mnie wkurzyła jeszcze bardziej. Wybrała dwie sztuki, na które nie zwróciłabym uwagi i obydwa modele były dobre, z tym że jedna sukienka po prostu na mnie nie leżała. Albo leżała, ale mi się nie podobała. A druga… drugą kupiłam i jej cena boli mnie do dzisiaj.

O tak. Jeszcze to. Ceny… No błagam. Jeszcze te 150, a nawet 180 zł zrozumiem, ale 300 zł i 360? Moja natura skąpiradła była rozdzierana na milion kawałeczków, choć i tak nie kupiłam najdroższej sukienki, którą widziałam.

(Visited 139 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.