Mimo mojego wczesnego macierzyństwa, nie mogę powiedzieć, że z czegoś zrezygnowałam, a tym bardziej, że zrezygnowałam z siebie dla dziecka. A tym bardziej nie mogę obarczać winą innych za konsekwencje moich własnych wyborów. Często dochodzą do mnie strzępki rozmów, które pozornie nie znaczą dla mnie nic, ale po jakimś czasie zaczynają tworzyć jedną spójną całość. Historię, którą po części mogłabym odnieść do siebie, ale jakoś nie potrafię, a nawet nie chcę.

zrezygnowałam z siebie

Zrezygnowałam z siebie.

„ Nie tak to sobie wyobrażałam… Wzięliśmy ślub, szybko jedno dziecko, potem drugie i tak siedzę od 5 lat w domu. Niby wiedziałam, na co się decyduje, ale teraz dałabym wiele za to, żeby zrobić coś dla siebie. Wiesz, żeby nie było tej gonitwy i ciągłych chorób. Jak nie jeden chory, to drugi i tak w kółko. Mojego ciągle nie ma, a gdzie ja w tym wszystkim? Poza gotowaniem zupy, robieniem zakupów i treningami dzieci nie mam nic.  Mnie tej prawdziwej, już nie ma bo zrezygnowałam z siebie i jestem teraz tylko mamą.”

Problem chyba nie leży w codzienności, czy ogólnych trudnościach, tylko w wyobrażeniach. Większość ludzi planując życie, nastawia się optymistycznie i z uśmiechem patrzy jak codzienność zmienia się o 180 stopni. Tylko, co jeśli ta zmiana, po tygodniu, miesiącu czy roku, nagle zaczyna nużyć i drażnić? Bo jeśli ktoś zakłada rodzinę z wyobrażeniem, że zawsze będzie cudownie i ciekawie, jak podczas pierwszej wizyty w zoo i że podczas tej wyprawy nigdy nie spadnie deszcz, to faktycznie, może się ogromnie rozczarować.

„ A wiesz jak to jest… dziecko w drodze i potem brak perspektyw. Musiałam wszystko poświecić.”

To zabawne, ale osobiście nigdy nie wpadłam na to, żeby rozpatrywać moje wczesne macierzyństwo w kategorii poświecenia. Sporo mnie ominęło, ale to było następstwo moich własnych decyzji. Może przez to było mi łatwiej? Nie oczekiwałam niczego dobrego, a przynajmniej nie w taki sposób jak robiły to inne matki, więc kopniaki w tyłek uznawałam za zwykły efekt domina, może nie jakiś przyjemny, ale przynajmniej przewidywalny. I mimo tego, że czasem mam dość i najchętniej sama siebie wsadziłabym do rakiety z lotem w jedną stronę na księżyc, to nie mam do nikogo pretensji za to, że czasem jest ciężko.

„ Zaszłam w ciążę i wiesz jak to jest, przez dziecko nie poszłam na studia. Zrezygnowałam z siebie, z planów, ze wszystkiego.”

Też nie byłam na studiach, ale nie przez dziecko… Ja nie poszłam na studia najpierw z braku funduszy na ten cel, a teraz nie idę z braku chęci i samozaparcia. W myśl zasady, co się odwlecze to nie uciecze, ja odwlekłam, ale że nie mam nad sobą bata, to pewnie nie zdecyduje się na wyższe wykształcenie. Jednak nie mam pretensji do całego świata, że ciąża pokrzyżowała mi plany ze studiami dziennymi, bo dziecko z nieba mi nie spadło. Ani nie znalazłam go w kapuście.

Czas, jedyne co poświeciłam, poświęcam i nadal będę, ale nie żałuję. I w przyszłości żałować nie zamierzam.