W ciągu 4 lat blogowania, otrzymałam kilka ciekawych wiadomości e-mail dotyczących współpracy. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się, jak powinien wyglądać adres e-mail, zachęcam do przeczytania odpowiedniego artykułu. Jeśli śledzicie blog, to wiecie, że posty sponsorowane pojawiają się niezwykle rzadko. Nie licząc tych książkowych, które jakby nie było również jakąś formy współpracy są, ale z tego mamy frajdę i książki oczywiście. Tych współprac nie jest wiele głównie przez to, że albo ja jestem za droga ( a targować się umiem, wszak z targowaniem się mocno związany jest mój zawód), albo nie odpowiadają mi warunki współpracy i sama rezygnuję, albo nastaje złowroga cisza i skrzynka milczy. Z racji zatrudnienia w transporcie mam, jako takie rozeznanie w osobach wciskających kit, tylko po to, aby jak najtaniej sprzedać ładunek. Blogi i współpraca z agencjami PR, jest niczym innym jak takim transportem, który chce się zrobić jak najlepiej, ale również za jak najniższą kwotę. I choć czasem niektórzy przeginają, niewybrednie komentują i sypią docinkami, których sami usłyszeć by nie chcieli, to jednak w transporcie każdy ma na uwadze, że ta druga strona ponosi koszty i MUSI zarobić.

NAJBARDZIEJ WKURZAJĄCE ZWROTY Z OFERT WSPÓŁPRACY

Wybraliśmy Twojego bloga, jako jednego z, niewielu którym możemy zaufać i podjąć współpracę.
Wszystko świetnie, a jak się rozwija zakładkę wysłane do, to pojawia się lista maili, do których trafił taki sam e-mail. Zachęcam do przeczytania, jak w bardzo łatwy sposób, można stracić siatkę potencjalnych klientów wysyłając jedną wiadomość na skrzynkę pocztową. Jak macie wciskać kit, to lepiej sobie darujcie, bo to jakby to powiedział mój 6 letni syn „ żenujące”. Poza tym, gdzie w tym wszystkim dbałość o przyszłego kontrahenta, który na samym początku został powiadomiony o wyjątkowości, a potem znalazł się gdzieś na samym końcu dłuuuugiej listy adresatów. Albo wciskasz kit i robisz to dobrze, albo wcale…

Dzięki opublikowaniu tej informacji, podniesiesz rangę swojej strony.
A całe dwa zdania wcześniej pisali, że mój blog jest oryginalny. Wiec chyba był wyjątkowy na początku, a teraz powinnam popracować nad jego podrasowaniem. W tym ma mi pomóc informacja prasowa od Pana XXX.

Wysłaliśmy Pani kilka informacji, niestety żadna z nich nie pojawiła się na Pani blogu ( tu pada link, nie będę wklejać, bo po co skoro na herbatce jesteście). Niestety w takim wypadku, nasza współpraca nie może być kontynuowana.
O groźba! Przestaną ze mną współpracować, zanim w ogóle tę współpracę rozpoczną. Boję się…. Aż sobie sudoku muszę na telefonie odpalić, żeby się uspokoić. Taka szansa… a myślałam że współpraca polega na obopólnym kontakcie i ustaleniu jakichś warunków, a nie na regularnym spamowaniu z pytaniem ” Opublikuje Pani?”

Prosimy o publikację i nie wykluczamy dalszej współpracy.
Sadyzm… Patrz! Mamy marchewkę, napatrz się na nią, a może kiedyś ją dostaniesz. Prędzej o niej zapomnisz, bo minie tyle czasu, że pokażą Ci kolejną z obietnicą, że następna już na pewno wyląduje w Twoim brzuszku.

Ale czemu nie chce Pani Vouchera?!
Bo z reguły Wasza oferta, choć mogłaby być interesująca dla moich czytelników, nie interesuje mnie… Wolę przelew, za który coś sobie kupię. Bo może mam ochotę na tusz do rzęs z zupełnie innej firmy, albo na majtki z koronką, których Wy nie posiadacie…

W zamian za wpis, oferujemy Voucher o wartości 50 zł lub zniżkę 20% na całe zakupy.
O serio!? Już lecę… Napiszę post, opublikuje go. Wcześniej sprawdzę czy nie ma ortografów ale, po co i tak się jakiś znajdzie, bo go nie zauważę… To sprawdzę tylko przecinki… A potem z radością wydam moje własne pieniądze, które zarobiłam w ( o zgrozo!) transporcie, po to żeby odebrać zapłatę za tekst opublikowany na blogu. Czy tylko ja widzę, że jakby na to nie spojrzeć będę na minusie? A no i bon na 50 zł! Ceny produktów zaczynały się od 120. Szał.

Proszę potraktować to, jako prezent!
A w ramach prezentu mogę się cieszyć informacją prasową i z tej radości powinnam ją opublikować. O ja niewdzięczna, ale żeby nie było podziękowałam… Mailowo. Ale, ale! Powinnam wypróbować to w pracy. Na pewno byłabym pracownikiem numer jeden w firmie, gdybym znalazła przewoźnika, który przewiezie mi towar z miejscowości X do Y i w ramach zapłaty za transport, zadowoli się tym, że zaszczyciłam go telefonem, albo w ogóle informacją o tym, że może się przejechać z jednego końca Europy na drugi.

     Na koniec dodam, że nikt, ale to na prawdę nikt, nie chce być nabijany w butelkę. A już na pewno nie chcą tego początkujący blogerzy, którzy marzą o zarabianiu w Internecie. A chyba najczęściej Oni tracą na tego typu współpracach, bo dają się złapać na mamienie firm PR myśląc, że za miesiąc czy dwa, ta sama firma wróci i zaproponuje im złote góry. Nie wróci i nie zaproponuje nic, chyba że będzie liczyć na kolejny darmowy słup reklamowy. I żeby nie wyszło tylko na to, że chodzi mi o kasę. Nie… Ale nie lubię być wykorzystywana. Inaczej pisze się za darmo o pierdołach, albo o tym co nam na sercu leży, a inaczej o biznesie, którego założeniem jest pozyskanie nowych klientów, aby na nich zarobić.