Zawsze zastanawiałam się, co kryje się w umyśle rodziców, którzy przychodzą w odwiedziny do znajomych i nie pilnują swoich dzieci. Nie mówię tu o pilnowaniu 8 latków, chodząc za nimi krok w krok. Myślę raczej o roczniakach puszczonych samopas, 2-latkach ściągających na siebie to, co się da. O 3-latka, które, choć większe nie mają jeszcze zdolności oceny sytuacji. Idąc gdzieś z dzieckiem, praktycznie non stop siedziałam mu na ogonie, wiedząc, że przez przypadek może coś zniszczyć. A jak wiadomo, nikt nie chce, aby takie sytuacje miały miejsce.

Ja umywam ręce.

„Jak idę do kogoś maluchem, to od razu uprzedzam, aby znajomi pochowali piloty, telefony i inne wartościowe rzeczy, bo nie biorę odpowiedzialności za ewentualne uszkodzenia. Wiem, do czego zdolne jest moje dziecko.„

Ostatnio na jednej z grup mamusiowych, przeczytałam o problemie jednej z mam, której dziecko zniszczyło wartościowy sprzęt elektroniczny znajomej, którą odwiedzali. Mama dziecka zastanawiała się, czy faktycznie musi pokryć koszt naprawy sprzętu, skoro dziecko było za małe, żeby zrozumieć, co zrobiło i osobą pokrzywdzoną była bliska znajoma, chrzestna dziecka. Komentarzy do tego wpisu było wiele i to właśnie o tych komentarzach dzisiejszy wpis będzie. Powyższy cytat to jedna z odpowiedzi, która mocno mnie zastanowiła. Bo dlaczego to gospodarz domu ma wszystko chować przed moim dzieckiem, jeśli chce, aby sprzęty pozostały nienaruszone. Czy to nie w moim matczynym obowiązku leżałby obowiązek pilnowania dziecka? Rozumiem sytuację, w której zostaje przestawiony wazon, bo dziecko niebezpiecznie mocno się nim interesuje, ale reszta? Czy naprawdę przerzucanie odpowiedzialności z rodzica na właściciela mieszkania jest w porządku? To, że uprzedzimy o tym, że moje dziecko może coś popsuć, a ja nie poczuwam się do odpowiedzialności, bo przecież ostrzegłam, że tak może być, to jest lek na całe zło? Ma to wystarczyć poszkodowanym? Szkoda, że nie wpadłam na ten pomysł, wtedy gdy mój syn, rąbną w samochód sąsiada frys bi. Mogłam iść do niego dzień wcześniej i powiedzieć, żeby może nie parkował w tamtym miejscu, bo jak mój syn się będzie bawił w pobliżu, to może się coś stać i ja za o nie zapłacę. No serio, szkoda, że nie wiedziałam, że tak się da wykpić od odpowiedzialności. Mogłam tak też zrobić, wchodząc do Empiku. Powiadomiłabym, że oto idę ja i syn mój który, choć spokojny może machnąć ręką i strącić komplet kubków za 60 PLN. Wtedy nie musiałabym pokrywać kosztów, jakie mi młode narobiło.

On nie wiedział, bo jest za mały.

„Nie zapłaciłabym, bo przecież wiadomo, że takie małe dziecko nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi”
„To wina właścicielki tej rzeczy, bo po co trzymała ją w zasięgu ręki małego dziecka, które nie wie co wolno a czego nie.”
„Przecież to jasne, że dziecko nie wiedziało, jakie mogą być konsekwencje, nie zapłaciłabym ani grosza”.

Z jednym się zgadzam, dziecko nie wiedziałoby i właściwie nie miało prawa wiedzieć, bo było za małe. Za to wiedziała mama dziecka, która nie zareagowała, bo nie zwróciła uwagi na dziecko. Jak wiadomo, dzieciak wykombinuje coś w 5 sekund i już jest szkoda. Tu potrzebne było więcej czasu, ale to nie o to w tym momencie chodzi. Nikt nie ma wątpliwości, że dziecko nie psuje niczego specjalnie, jednak upilnowanie dziecka zawsze należy do rodzica, nigdy do osoby, która zaprosiła rodzinę do siebie. To rodzic ma uczyć dziecko, co wolno a czego nie. To rodzic powinien zdawać sobie sprawę z tego, że nie wszystko, na co pozwoliłby własnemu potomkowi, leży w strefie komfortu innych ludzi. Przykładem może być zwykła biała ściana. Pomalowana pisakiem może stanowić traumę dla jej właściciela, ale nie musi. Jeśli właścicielem jest rodzic, który nie przywiązuje wagi do tego, jak wygląda jego ściana w pokoju, to nie zrobi na nim wrażenia, namalowany bohomaz wodoodpornym markerem. Jeśli natomiast trafimy na kogoś, kto lubi swoje ściany, to okaże się, że wkurzą go nawet kółka namalowane ołówkiem, który da się zmazać zwykłą gumką. Tylko zajmie to jakieś 2 godziny. Dwie przykładowe sytuacje i różne pojmowanie szkody. A jeśli dopasować do tego powyższe cytaty, to właściciel mieszkania sam jest sobie winny, bo zapraszając rodzica z dzieckiem, powinien wiedzieć, że szkodnik puszczony samopas, wyciągnie z szuflady, piękny czarny marker i zostawi na nowo odmalowanej ścianie, swój autograf. Winny jest zapraszający, bo mógł:
(a) wyrzucić markery, które niepotrzebnie kusiły dziecko.
(b) nie malować ściany przed zapraszaniem kogokolwiek.
(c) zabezpieczyć szuflady specjalnym zatrzaskami, albo przynajmniej zrobić je pod napięciem.

Nic nie jest czarne albo białe.

Znajoma, zapraszając swoją kuzynkę z dziećmi, które określa niszczycielami totalnymi, od razu chowa swoją porcelanową kolekcję do szafy, do tego zabiera narzuty imitujące futro, które leżą na jej kanapie i fotelu, zamieniając je na zwykłe koce. Specjalnie na tę okazję zakupiła tanie polarowe koce, które mają podobny odcień do jej mebli. Robi tak, żeby zminimalizować ewentualne szkody. Dla niej estetyka jest równie ważna co przyjaźń, ale zdaje sobie sprawę, że trójkę dzieci czasem nie sposób upilnować. Poza tym jej kuzynka dość jasno oznajmiła, że przychodząc z dziećmi, nie bierze odpowiedzialności za to, co te dzieci zepsują. Nie ważne czy wysmarują jej narzuty czekoladą albo, czy zbiją ozdobną porcelanę, ten problem będzie wyłącznie sprawą znajomej. Osobiście zupełnie nie zgodziłabym się z takim stanowiskiem i w nosie miałabym czy ktoś się obrazi, czy nie. Jednak jedno z tego wszystkiego wydaje mi się bardzo sensowne. Mianowicie usuwanie niektórych wartościowych rzeczy z pola widzenia dzieci. Oczywiście w miarę możliwości, ale jeśli ktoś ma jakąś zabytkową wazę w zasięgu 3-latka, to lepiej na czas jego wizyty, ją przestawić i nie stresować się, że waza spadnie, dziecko się pokaleczy. Ale postawa, która całkowicie umywa ręce od odpowiedzialności…

Nie, nie i jeszcze raz nie.

(Visited 27 times, 1 visits today)