Praca sezonowa, czyli jak się kiedyś zarabiało pieniądze.


Wszystkie wpisy / czwartek, Lipiec 5th, 2018

Wakacje w pełni, czyli nastał najlepszy czas na dorobienie do uczniowskiego kieszonkowego. Co prawda czasy szkolne już dawno za mną, ale z łezką w oku wspominam moje pierwsze prace zarobkowe. Najpierw te zupełnie najprostsze, a później te konkretne. Poważniejsze, wymagające odpowiedzialności i samozaparcia.

Prace sezonowe dla nastolatków.

Na początku muszę zaznaczyć, że podobnie jak teraz tak też kiedyś, podjąć zatrudnienie mogły osoby, które ukończyły 16 lat i miały zgodę rodziców. Oczywiście mowa o tych legalnych pracach, które nie były skoszeniem ogródka u sąsiada.

Zbieranie owoców.

Ja zaczynałam skromnie, ale wcześnie. Moje pierwsze pieniądze zarobiłam, zrywając porzeczki. Była to pracochłonna praca i ogromnie nudna, ale zależało mi na dodatkowych pieniądzach, więc zrywałam i zrywałam, i zrywałam i… zrywałam. Duży krzaczek to było 3 zł, a mały 1,5 zł. Nie pamiętam, ile było krzaczków, ale mój system był bardzo prosty. Najpierw skubałam najmniejsze krzaczki, bo przy nich schodziło najkrócej i paradoksalnie najwięcej na nich zarabiałam. Duże krzaczki mimo tego, że były więcej płatne, zajmowały dużo czasu, więc te zostawiałam na koniec.
Napędzałam dzięki temu chęć zarobienia większych pieniędzy, mając już gwarantowany kapitał. Z perspektywy czasu uważam, że to był świetny pomysł, bo obrywając owoce w odwrotnej kolejności, zapał bardzo szybko uleciałby gdzieś hen, daleko.
Dla uściślenia dodam, że moją pierwszą pracodawczynią była mama.

Sprzątanie samochodu.

Za sprzątanie samochodu, były konkretne pieniądze. Tym razem ogołacałam portfel taty i zarabiałam na tym całe 10 zł plus to, co znalazłam w samochodzie. Opłacało mi się dokładnie sprzątać. Tym bardziej że raz znalazłam więcej pieniędzy niż obiecane wynagrodzenie. Nigdy więcej się to nie powtórzyło, albo raczej nie w takim stopniu, ale jednak biznes był opłacalny. Co prawda praca nie należała do najlżejszych. Była nawet karkołomna, ale nie narzekałam.

Praca na akord.

Moją pierwszą poważną pracą dla kogoś innego niż członek rodziny, była praca w drukarni. W wieku 17 lat zostałam pracownikiem akordowym. Moim zadaniem było sklejanie broszurek reklamowych, kopert, składanie różnych pakietów zamówionych przez klientów i masa innych rzeczy. Praca na akord wiązała się z pewnym ryzykiem. Mogłam siedzieć 8 godzin i nie zarobić za dużo, a mogłam też się pospieszyć i dorobić konkretne pieniądze. Na początku nie szło mi idealnie. Wiele pakietów musiałam poprawiać, przez co nie zarabiałam za dużo, ale gdy doszłam do wprawy, szło szybko i sprawnie. Do momentu, w którym okazywało się, że zamówienie jest zakończone i wypracowany system, nie sprawdzi się przy kolejnym zadaniu. Raz udało mi się załapać na pracę na hali. Oczywiście pod nadzorem opiekuna. Zgrzewaliśmy tam katalogi. Podobno stanowisko, na które trafiłam, było najlepszym zaraz po gilotynie. Mimo wszystko na gilotynę zabierano tylko pełnoletnie osoby i siłą rzeczy ja się nie załapałam. Ale praca na godziny to było coś, co mnie urzekło. Nikt mnie nie poganiał, miałam robić swoją pracę precyzyjnie i tylko to interesowało kierownika zmiany. Żyć nie umierać. Można być powolnym, a i tak kasa wpadnie do portfela. Niestety zupełnie nie pamiętam, jakie były stawki za pracę. Kojarzy mi się, że 4 zł za godzinę, a na akord jakieś grosze od pakietu. Minus też był taki, że była to praca na telefon. Ktoś dzwonił dzień wcześniej i pytał, czy mogę przyjść, a gdy nie mogłam, to przychodzili inni na moje miejsce. Taka trochę zabawa w kotka i myszkę. Gdy kończyły się zamówienia, pracownicy sezonowi, mieli być pod telefonem i czekali. Czasem czekali 2 tygodnie, aż w końcu tak jak ja tracili nadzieję, planowali jakieś wypady z koleżankami i… na tych wypadach dzwonił telefon z pytaniem, czy przyjdę na nockę, albo następnego dnia rano. Klika razy szansa odeszła mi sprzed nosa. Po 2 miesiącach dostałam wypłatę i wynosiła z tego, co pamiętam 174,53 zł. Może mało, ale ja i tak się cieszyłam.

Roznoszenie ulotek.

Tu chyba zarobiłam najwięcej, głównie przez to, że pracowałam tam najdłużej. Stawka godzinna wynosiła 5 zł i mogłam pracować z koleżanką (pozdrawiam szwagierkę:D). To duży plus, bo rozdawanie ulotek to niewdzięczne zajęcie. Ale o tym za chwilę. Do naszych obowiązków, należało rozdawanie ulotek ludziom, którzy nie mieli zajętych rąk siatkami i mogli być zainteresowani ofertą przedstawioną na ulotkach. Takie wczesne targetowanie, kiedyś w realu a teraz robi się to na Facebooku i w innych social mediach. No i wtedy robiły to dwie nastolatki, a teraz za wykonywanie takich zadań płaci się grubą kasę fachowcom. Kto mógł być potencjalnym zainteresowanym ulotkami szkoły policealnej? Wszyscy! Dzieciak na deskorolce mógł mieć starsze rodzeństwo, ale dzieciak na deskorolce ulotki nie weźmie, choć ten bez już tak. Młodzież? Jak najbardziej. Rodzice tejże młodzieży? Jasne, że tak. Nawet dziadkowie chcący, aby ich wnuczęta wyszły na ludzi. Rozdawałyśmy te ulotki i nie zliczę, ile lądowało w koszu nieopodal naszego punktu rozdawniczego, więc go zmieniłyśmy, żeby nie posądzono nas o to, że je wyrzucałyśmy. Z nudów i zniecierpliwienia, że trzymając ulotki, stawałyśmy się magicznie niewidzialne, wypuszczałyśmy się na spacery po pobliskich parkingach i z uporem maniaka wsadzałyśmy te karciuszki za wycieraczki. Przyznaję, czasem przycupnęłyśmy na jakiejś ławeczce i raz nawet zostałyśmy ochrzanione za siedzenie na przystanku. Mimo wszystko pani, która nas nadzorowała, chyba nas lubiła, bo na reprymendzie słownej się zakończyło. Och jak ja lubiłam dni wypłaty za roznoszenie ulotek.

Zupełnie nie pamiętam, ile zarobiłam roznosząc ulotki, ale mimo wszystko to właśnie je wspominam najlepiej. 4 godziny pracy dziennie, 3 dni w tygodniu (chyba) i moja niebieska bluzka, którą kupiłam sobie za wypłatę. Ach, jaka ja byłam dumna, że sama zarobiłam te pieniądze. I cieszyły zdecydowanie bardziej niż te zarobione na własnych rodzicach.

(Visited 37 times, 1 visits today)

One Reply to “Praca sezonowa, czyli jak się kiedyś zarabiało pieniądze.”

  1. Ja dawniej tylko przy zrywaniu owoców „robiłam”… truskawki, wiśnie, porzeczki… ciężko bywało ale człowiek i tak miał wtedy radochę. Najlepiej było gdy mieliśmy swoje truskawki na polu bo wtedy rodzice płacili tak jak na skupie a nie jak „rwaczą”… nawet na wyjazd nad morze uzbierałam; -)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.