Szczęśliwa rodzina ze zdjęcia.

Szczęśliwa rodzina ze zdjęcia.

9 grudnia 2018 4 przez Anna

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a wraz z nimi nasunął mi się temat, który już dawno miałam poruszyć. Oczywiście chodzi i złudne szczęście przedstawione na z pozoru szczęśliwych fotografiach. Pewnie nie byłoby tego wpisu, gdyby nie nasze wakacje nad morzem i sytuacja, której byłam świadkiem. Co w ogóle mają wakacje do świąt? Z pozoru niewiele, ale okazuje się, że ogromnie dużo.

Oni są tacy szczęśliwi.

Cudowna choinka, przyozdobiona czerwono złotymi bombkami. Pachnące pierniczki zachęcająco zwisają z jej gałęzi, gwiazda na szczycie dodaje blasku. Na stole leży idealnie biały obrus, piękna porcelanowa zastawa, piękne, błyszczące srebrne sztućce. Można powiedzieć, że ułożone równiusieńko co do milimetra. Prezenty leżące pod choinką, zapakowane w ekskluzywny papier do pakowania czekają równo ułożone na to, aby dzieci mogły je rozpakować. Rodzina elegancko ubrana, obserwująca gospodarzy i ich dzieci. Wszystko musi być idealne, stół, choinka, kołnierzyk synka i warkocz francuski córki. Wieczerza w podniosłej atmosferze, a potem dzieci, które z uśmiechami na ustach rozpakowują prezenty. Do tego ich szczęśliwi rodzice, ciocie wujkowie, dziadkowie. Taka idealna, kochająca się rodzina, która nie ma żadnych zmartwień ani trosk. Wszystko tam jest idealne i ustawione pod linijkę, a to, co nie mieści się w kadrze, jest tylko niechlubnym wspomnieniem, o którym nikt się nie dowie, bo wykreowana rzeczywistość jest taka, jaką nam ktoś zechce pokazać.

Rzeczywistość, czyli poza kadrem.

To, co wrzucamy do internetu, na facebooka, czy instagram to ułamek naszego życia i zazwyczaj uwieczniamy momenty wesołe i radosne. Nikt przecież nie robi zdjęć, gdy kłóci się z drugą połówką, albo gdy teść kolejny raz dał nam do zrozumienia, że nie jesteśmy nic warci i powinniśmy coś zrobić ze swoim życiem. Nikt nie strzela sobie selfie, gdy z bólu po wyrwanym zębie, przytula się do poduszki i próbuje opanować cisnące się do oczu łzy. Nikt też nie uwiecznia kłótni z dzieckiem ani kwaśnej miny wujka Antka, któremu nie smakował Wigilijny barszcz. Na Facebooku zamieszczamy tylko szczęśliwe zdjęcia, pokazujące radość, harmonię i dostatek, bo tak chcemy być postrzegani przez znajomych.

Do niedawna z wiarą i uznaniem patrzyłam na uśmiechnięte zdjęcia ludzi z wakacji czy świąt. Nie dlatego, że było ich stać na akacje na Majorce, czy wystawne przyjęcia. Po prostu widziałam ich radość w oczach ze wspólnie spędzonych chwil i do głowy mi nie przyszło, że co najmniej połowa z nich mogła przedstawiać pozorne szczęście. Nie do końca prawdziwe, a z premedytacją zaplanowane i zaaranżowane…

Szczęście na siłę.

Czujemy się w obowiązku pokazywać szczęście na siłę. Inni pokazują i my też chcemy, chcemy być tacy jak inni. Pragniemy uznania, a możemy je uzyskać tylko wtedy, gdy dopasujemy się do reszty. Kreujemy swoje życie, męcząc bliskich wyssaną z palca doskonałością i uśmiechem, który znika zaraz po pstryknięciu zdjęcia.

Przebywając nad morzem, przez przypadek stałam się świadkiem powstawania zdjęcia, robionego dla koleżanek, znajomych, czyli takiego tylko pod publiczkę. Na plaży niedaleko nas, rozłożyli koce rodzice z dziećmi. Córka nastolatka ręcznik położyła trochę dalej, chłopiec natomiast pozostał blisko rodziców. Rozbawił mnie ten widok głównie z uwagi na nastolatkę, która ewidentnie nie chciała być łączona ze swoją rodziną. Jak się później okaże, zrozumiałam dlaczego.
W pewnej chwili kobieta zarządziła zdjęcie znad morza. Niestety ani mąż, ani dzieci nie mieli na nie ochoty. Jak nie trudno się zorientować, kobieta wytoczyła ciężką artylerię trzech kluczowych argumentów, dla których powinni natychmiast zrobić zdjęcie.

Pierwszym powodem był brak wspólnego zdjęcia całej czwórki nad przepięknym Bałtykiem. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że było jej z tego powodu przykro, bo miło mieć choć jedno zdjęcie, na którym są wszyscy. Jednak zniechęcony mąż stwierdził, że mają dużo osobnych zdjęć, a to wspólne mogą zrobić trochę później.

W odpowiedzi na odwlekanie przez męża żona przytoczyła kolejny argument. Oczywiście również nie do odparcia, mianowicie stwierdziła, że chce się poopalać. A jak zacznie się opalać, to będzie się pocić, a jak się spoci, to do czoła przyklei się jej grzywka. Gdy przyklei się jej grzywka, to wyjdzie brzydko na zdjęciu, a ona chce to zdjęcie dać na facebooka.

Zaraz po argumencie dotyczącym grzywki, wyartykułowała kolejny, wraz z oskarżeniami w kierunku lubego. Bo przecież ona musi dać to zdjęcie, bo jej koleżanki, jak były nad morzem, to też dawały takie piękne rodzinne zdjęcia. Ona też musi takie dać, a on specjalnie chce, żeby wyszła brzydko. W tym momencie nastolatka nie wytrzymała, wstała i poszła do wody, a chłopiec, udając że nie słyszy kłótni rodziców, kopał dół w piasku.

Wymiana zdań trwała jeszcze kilka minut, nastolatka zdążyła wrócić i położyć się na ręczniku. Czas mijał, kobieta ględziła o koleżankach, o tym, że chce się mieć czym chwalić, a nie może, aż w końcu, ku uldze innych plażowiczów, oboje doszli do wniosku, że wracają do pensjonatu.

Wtedy uświadomiłam sobie, że spora część tych szczęśliwych zdjęć z wakacji, może mieć podobne kulisy. Uśmiechy na pokaz, okupione nerwami, łzami i kto wie czym jeszcze.

Prawdziwe szczęście.

Prawdziwe szczęście zazwyczaj chowa się gdzieś głęboko dla siebie. Oczywiście chwali się nim, ale nie tak chętnie, jak wtedy, gdy chcemy się pokazać znajomym. Bo gdy dzieją się szczęśliwe dla nas momenty, to zazwyczaj nie myślimy o ich dokumentowaniu fotografiami. One się po prostu dzieją.

Ciągle lubię patrzeć na zdjęcia szczęśliwych ludzi, na piękne świąteczne fotografie, ale zdają sobie sprawę, że idealne życie nie istnieje. Po zdarzeniach znad morza zaczęłam zupełnie inaczej podchodzić do tego, co serwują mi media społecznościowe. Fotografia na pewno jest prawdziwa, ale często zastanawiam się jak powstała, co przyczyniło się do jej stworzenia i czy radość z jej tworzenia była równie duża, jak szerokie są uśmiechy na niej uwiecznione.

(Visited 40 times, 1 visits today)