Nowy gatunek zwierzęcia- mój syn odkrył nowy okaz!

Nowy gatunek zwierzęcia- mój syn odkrył nowy okaz!

3 lipca 2019 2 przez Anna

Rozpoczęły się wakacje, a wraz z nimi niejaka konieczność do tego, aby ruszyć 4 litery i wybrać się na jakąś rowerową wycieczkę. Jakoś od początku tego roku nie mamy szczęścia do rowerów, bo co chwile czyjaś opona zalicza dziurę. Oczywiście moja niezniszczalna błyskawica trzymała się dzielnie, Nie straszne jej był pinezki, kamienie, krawężniki i tak niestrudzenie pędziła ze mną przez 20 lat. Tak mój rower mam od Komunii!  Wiele razem przeszliśmy i myślałam, że wiele jeszcze przed nami.


Na poszukiwanie skrytek.


W ubiegłym roku jakoś nam się nie udało. Zabrakło chyba czasu i chęci. Zajęta byłam odgruzowaniem działki i wycieczki rowerowe spadły na dalszy plan. Jednak w tym roku obiecałam synowi, że odnajdziemy kilka skrytek. Jak obiecałam, tak też zrobiłam. Wybraliśmy się obydwoje, wyznaczyłam cel podróży i pojechaliśmy w miejsce nam znane, jednak dla fanu jechaliśmy tak, jak mapa prowadziła. Nie muszę chyba mówić, że mapy mają to do siebie, że czasem gubią sygnał GPS. No ale to tylko dodaje smaku. Wbrew logice wybrałam trasę, którą wskazywała mapa i dojechaliśmy w cudownie urokliwe miejsce. Problem był taki, że droga się skończyła, a zaczął się las. Czy to nas powstrzymało? Nie, gdzie tam. Nie powstrzymało też mapy, która uparcie twierdziła, że za pagórkiem będzie cywilizacja. Całkiem możliwe, że była, ale nie za pierwszym, nie za drugim, ani nie za trzecim. Kolejny pagórek wymusił niesienie sprzętu i to właśnie wtedy wpadłam na genialny pomysł, że wyjdę na polanę i zobaczę czy ta dróżka gdzieś prowadzi, czy może szybciej będzie wrócić. Oczywiście dróżka gdzieś prowadziła, a ja nie patrząc pod nogi, wpadłam w bajoro. Swoją drogą ciekawe, że na wzniesieniu, w samym środku suszy, jaka panuje w moim regionie, ja weszłam w jedyną dostępną błotną kałużę. I nie, nie było to byle błotko. Wpadłam po same kostki, a gdyby nie mój towarzysz rower, zapewne klapnęłabym w samym środku bajora. Młody znudzony moim dłuższym pobytem na górce zjawił się koło mnie i zamiast współczuć zaczął rechotać.

Gdzieś popełniłam błąd wychowawczy, bo nie wpoiłam dziadowi takiej emocji jak współczucie…

Wykorzystałam 3 z 4 posiadanych chusteczek i doszłam do wniosku, że wracając po prostu, umyję stopy w strumieniu, który minęliśmy.
Tak też uczyniłam, wzięłam na siebie całą chmarę komarów, która uradowana ze świeżej dostawy jedzenia, bardzo się ożywiła. Młode, jak to młode zostawiło starą matkę z komarami, a samo komentowało z bezpiecznej odległości, że ich dużo. No serio? Nie zauważyłam, gdy mi wlatywały do oczu, uszu i nosa. W tej chwili, żeby rozładować napięcie wywołane sytuacją, zażartowałam, że jak będą opowiadać w klasie, co robili na wakacjach, to może powiedzieć, że przeżył przygodę życia, bo mapa wyprowadziła go na manowce. Dzięki temu zwiedził nowe zakątki w pobliżu Dębicy.
On jednak stwierdził, patrząc jak kończę czyścić sandały, że opowie jak to w lesie spotkał rzadki okaz.

Niczego nie świadoma, spojrzałam na niego pytająco. Nie przypominałam sobie, abyśmy widzieli jakieś zwierzęta, nie licząc dwóch owczarków niemieckich mijanych po drodze.
Z pełną powagą, opowiedział mi, że właśnie patrzy na ten rzadki okaz, nazwie go mama- zwierze pierwotne myjące się w potoku.

Ja na serio coś gdzieś zrobiłam źle… Gdy ja byłam utaplana w błocie on miał niemały ubaw i jeszcze żarty się go trzymały.

W sumie jakby na to nie patrzeć wystarczyłby mi szałas, jakieś ognisko i mogłabym spokojnie podawać się za leśnego człowieka. Więc to nie było takie głupie, tylko te komary za bardzo tam gryzły, więc nie wzięłam tej opcji pod uwagę.

Odnaleziony skarb.


Jak to na piratów miejskich przystało, wracając na szlak dojechaliśmy w końcu do celu. Tym razem mapę odpaliłam będąc już praktycznie na miejscu i pomagał nam ona w odnalezieniu kesza. Tym razem nie wyprowadziła na manowce, za co jestem jej wdzięczna. Jednak prawda jest taka, że te całe poszukiwania wcale nie są łatwe. Skrytki są dobrze zamaskowane, do tego trzeba się zachowywać tak, aby nie wzbudzać niczyjego zainteresowania.


Jakby tego było mało tuż po odnalezieniu skrytki, mój rower postanowił przejść na wcześniejszą emeryturę. Albo, chociaż na tymczasową rentę, bo zastanawiam się, czy by go nie naprawić (na chwilę) i w tym czasie na spokojnie rozglądnąć się za czymś wygodnym, co by pozwoliło mojemu staruszkowi pójść na zasłużony spoczynek. A jak na razie keszowanie ograniczy się do spacerów w pobliskie miejsca.