Zbliża się lato, pogoda będzie sprzyjać rodzinnym wyjazdom rowerowym i spacerom. Gdy aura sprzyja, nie warto siedzieć w domu przed telewizorem, można spędzić miło czas na świeżym powietrzu w towarzystwie rodziny. My pewnego wieczora zamiast spaceru wybraliśmy rowery.

Do każdej nawet najmniejszej wyprawy, należy się przygotować.

 

Prowiant:

Gdy sami podróżujemy, nie wiele nam jest potrzebny. Zazwyczaj wystarcza dobre chęci i butelka/ bidon z wodą. Ta sama zasada będzie obowiązywać, gdy na wyprawę wybieramy się z naszą pociechą. Woda jest elementem nieodzownym, o którym nie można zapomnieć, nawet jeśli nie planuje się jakieś trudnej trasy. Należy pamiętać, że nasze dzieci są mniej wytrzymałe i podczas podróży ( dla nas tempem ślimaka) męczą się pięć razy bardziej od nas samych. Dobrze będzie też zabrać ze sobą domowa kanapkę, lub banana, który w razie potrzeby zaspokoi pierwszy głód naszego dziecka.

Sprzęt:

Sprawne i dobrze widoczne rowery to podstawa. Przed podróżną należy sprawdzić hamulce zarówno nasze jak i naszego dziecka. Sprawdzamy również ilość powietrza w oponach i to czy nasze rowery są dobrze widoczne dla innych użytkowników drogi. . Kask powinien mieć każdy rowerzysta, a jeśli my sami nie posiadamy to przynajmniej zadbajmy o bezpieczeństwo dziecka. Dla dzieci przydatne będą również ochraniacze na łokcie, kolana i nadgarstki.
Dzieci nie posiadające roweru, również mogą korzystać z tej aktywności będąc przewożone przez własnych rodziców w specjalnych fotelikach lub przyczepkach.

Trasa:

Wytyczając trasę przejazdu, zawsze należy brać pod uwagę możliwości najsłabszego członka zespołu. Wycieczka ma być przyjemnością dla każdego uczestnika, dla tego też jeżdżąc z dzieckiem, należy wybierać łatwiejsze, mniej uczęszczane przez samochody trasy. Ze względów bezpieczeństwa jeden rodzic powinien prowadzić, za nim powinno jechać dziecko, bądź dzieci i druga osoba dorosła powinna zamykać korowód. W ten sposób dzieci będą wiedziały gdzie mają jechać, a przy okazji będą pilnowane przez rodzica jadącego z tyłu.

Krew, pot i łzy.

       Planując wycieczkę, trzeba wziąć pod uwagę dojrzałość naszego dziecka. Mniejsze dzieci 3-4 letnie, potrafią myśleć z wyprzedzeniem, jednak nie na dłuższą metę. Z reguły jest tak, że potrafią przewidzieć tylko jedną konsekwencje swojego zachowania, a najczęściej kończy się na tym, że dziecko po prostu coś robi nie zastanawiając się nad tym co będzie później. Z tego względu to my zawsze powinniśmy być o 2 kroki przed maluchem. Dziecko zawsze powinno wiedzieć co ma zrobić, nie wystarczy że osoba jadąca z przodu pokaże, że skręca czasem trzeba też o tym powiedzieć. Komunikacja pomiędzy uczestnikami wycieczki jest niezwykle ważna. A wszystko to dla zachowania większego bezpieczeństwa nas samych i innych. Czasem jednak, mimo skrupulatnych planów i zdyscyplinowania malca, nie da się uniknąć małych wypadków. Trzeba być na nie przygotowanym. Mimo szczerych, chęci, dobrego przygotowania i determinacji naszej pociechy, czasem będziemy postawienie sytuacja w której nasze dziecko najnormalniej w świecie zaliczy upadek. Maluchy o wiele częściej niż my dorośli, przewracają się na rowerach, dla tego tak ważny jest kask, ochraniacze, również będą mile widziane.

Nasza pierwsza podróż we troje.

       Przyznam szczerze, że prowiantu ze sobą nie wzięłam, wody do picia również i to był mój kolosalny błąd, bo Kacper w połowie drogi najnormalniej w świecie zgłodniał i był spragniony. A niestety sklepu jak na złość żadnego. Jako rodzice, przeceniliśmy nieco umiejętności naszego czterolatka w kwestii odczytywania naszych myśli i szeroko pojętego przewidywania przyszłości. Teraz już wiemy, że dziecko nie wróżka… Nauczyliśmy się komunikacji, opisywania tego co nastąpi za chwilę, dzięki temu jechało nam się lepiej. Mimo wszelkich starań nie obyło się bez małych wypadków, jednak to nie odebrało nam radości z wyprawy. Dobór trasy dla nas był niezwykle ważny, niestety bylismy zmuszeni pokonać mały odcinek dość ruchliwej drogi i to na samym początku. Zaowocowało to sporymi nerwami, bo jeszcze nie potrafiliśmy ze sobą współpracować, koniec końców był taki, że ten odcinek rowery prowadziliśmy, bo bezpieczeństwo jest najważniejsze. Razem pokonaliśmy 8 km, trasa dla nas rodziców była piekielnie prosta, dla naszego malucha trochę nużąca, ale dał radę i nawet marzył mu się kolejny taki wypad. Te 8 km pokonaliśmy w 1,5 godziny.

Mamy również małe spostrzeżenia: Czasem, niebezpieczniejsza jest jazda chodnikiem niż ulicą. Stan chodników w naszym mieście jest po prostu fatalny. Dla tego jak tylko kończy się droga dla rowerów dostaje palpitacji serca.