Bunt na pokładzie.

Bunt na pokładzie.

13 lipca 2015 4 przez Anna

       To była jakaś wiosenna sobota. Około 10:00, bo nie pamiętam, abym jadła obiad, a nawet byłam przekonana, że przyjdzie mi zginąć z głodu. Siedziałam na ziemi obok brązowej pufy, opierając się o białe drzwi i rzucając niewidzialnymi gromami w kierunku mojej strasznej rodzicielki. Byłam na nią zła, baaa byłam wściekła, ale nie pamiętam czemu. W oko wpadł mi mój plecak, tak to było to! Szybko poderwałam się, wyjęłam książki i zaczęłam wrzucać do niego ubrania z szafy. Ta tyranka- mama moja, myła naczynia, tata jeszcze nie przyszedł z pracy, albo robił coś przy samochodzie, a ja w moim pokoju, powoli uświadamiałam sobie, że nie dam rady uciec, bo nie mam na bilet autobusowy. Stanęłam z tym plecakiem i stwierdziłam, że ktoś będzie to musiał z powrotem poukładać, więc to głupi zryw. Zwinęłam wszystko w kłębek i wrzuciłam z powrotem do szafy, ale mimo wszystko postanowiłam, że dam Jej nauczkę i zabarykaduje się na tydzień. Nie będę jeść, a ta niedobra mama uschnie ze zgryzoty, że ja tak cierpię. Tylko ze złości i w ferworze burzy mózgu w gardle mi zaschło, ale skoro się zabarykadowałam tą nieszczęsną pufą i własnym ciałem, to przecież po wodę nie pójdę. Bez wody, człowiek szybko umiera, tak mówili w jednym takim programie przyrodniczym. Muszę coś pić…-pomyślałam i wtedy przyszło mi na myśl, że babcia z Lichenia przywiozła Maryjki z wodą święconą. Obie stały u mnie w pokoju, obok ciężkiego zegara w kształcie słonia. Z wodą, nie mogłam umrzeć z pragnienia. W domyśle to 150 mililitrów ( o ile w ogóle), wystarczyło mi na jakieś 30 minut, bo w tym samym programie przyrodniczym mówili, że na pustyni powinno się często pić. A mój pokój to taka pustynia prawie. Piłam, ale woda wcale nie była smaczna. Zrzuciłam to na kark jej świętego pochodzenia, a nie na to, że mogła stać w tej Maryjce rok, jeśli nie więcej. Poddałam się jakieś 20 minut po tym jak skończyła mi się woda… Ogólnie byłam bardziej wytrwała, ale  to gdy byłam starsza, a nie wtedy gdy miałam jakieś 7 czy 8 lat.

DSC_1292

– On jest lepszy ode mnie.- Oznajmił mąż, po wysłuchaniu naszej kilkuminutowej wymiany zdań, z której żadne nie wyszło zwycięsko. Za to jedno obrażone poszło spać, a drugie usiłując utrzymać nerwy na wodzy, starało się zająć ręce czymkolwiek.

      Kiedyś marzyłam o tym, żeby dużo mówił. Żeby był asertywny, żeby stawiał na siłę argumentów, a nie na argumenty siły. Chciałam aby miał swoje własne zdanie i duże poczucie własnej wartości. Tylko gdzieś  po drodze zgubiłam świadomość tego, że to wszystko nie koniecznie musi mi odpowiadać wtedy, gdy zostanie skierowane przeciwko mnie. Bezwzględne posłuszeństwo. Tak łatwo byłoby wychować robota, działającego tak jak my tego chcemy… Życie byłoby cudowne, gdyby to dziecko na hasło “idziemy spać” bez zająknięcia maszerowało do łóżka. Ale życie to nie bajka, a dziecko kocha negocjować. Czasem czuję się jak w pracy, gdzie ludzie biją się o każde 5 euro. Młode bije się o każdą minutę niespania, każdą minutę w której uda mu się odwrócić uwagę od pory dnia. Jest przy tym uroczy, ale i niebezpiecznie wciągający. Ktoś mógłby pomyśleć, że to takie niewiniątko z niebieskimi ślepkami, które to niby przypadkowo zagaduje, akurat wtedy, gdy powinno robić coś innego

        I tylko mam nadzieję, że kiedyś ta nasza mała batalia obleczona wielką miłością, zamieni się w piękną przyjaźń i zaufanie. Tak jak w przypadku małej pyzatej buntowniczki i jej mamy.