Dzień z życia spóźnialskiej.

Dzień z życia spóźnialskiej.

27 marca 2017 4 przez Anna

Niby takie nic, a sprawiło, że dzisiejszy dzień rozpoczęłam dzikim pędem. Od jakiegoś czasu budzę się przed godziną 6 rano i leżę tak sobie do 6: 30, wtedy wstaję ogarniam młodego, siebie i wychodzę do pracy. Ten dzień miał wyglądać podobnie, choć był wyjątkowy sam w sobie, bo czekała nas wizytacja w biurze. Oczywiście z samego rana, żeby dodać dramaturgii sytuacji.

Nie dalej jak wczoraj śmiałam się do T., że głupio by było gdybym się tak spóźniła akurat w dniu, w którym ma przyjechać szef. Nie wzięłam tego zupełnie pod uwagę, ot tak sobie pomyślałam, a potem pewna, że o 6; 00 włączy się telewizor i że ustawiałam budzik położyłam się spać. Rano przebudziłam się leniwie, za oknem było jasno i wydawało się, że jest całkiem ciepło. Sięgnęłam po komórkę, zastanawiając się, która to może być godzina i że chyba trochę zbyt jasno jest, bo przecież zmiana czasu była. Sięgam po telefon, a tam nic innego jak 7:06.

Na początku ucieszyłam się nawet, że to nie 8: 06, wtedy to z pewnością rozpłakałabym się jak małe dziecko i sama nie wiem, co bym zrobiła. Mimo wszystko najlepsze jest to uczucie, kiedy starasz się przypomnieć dlaczego nie ustawiłaś tego budzika, bo jednak coś ci świata, że dzień wcześniej wpisywałaś tą 6;30, a potem ( w dorodze do pracy) orientujesz się, że ustawiłaś kalkulator zamiast zegara. Szybciej niż błyskawica dokonałam tego, czego nie udaje mi się zrobić zazwyczaj, czyli ubrałam się, umyłam, zrobiłam szybki make up, opierniczyłam kilka razy młodego, że za wolno się rusza, a przecież już SIÓDMA TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ i spóźni się do szkoły. To tak jakby dało się spóźnić do szkoły mając do niej sto metrów… Ja mimo wszystko dalej mam do pracy niz On i pasowałoby jednak się sprężyć. Więc niczym błyskawica ubieram płaszcz, buty, sięgam po torebkę, sprawdzam czy mam telefony i wychodzę. Drogę do pracy pokonuję prawie biegnąc, wchodząc do budynku stwierdzam, że szybciej będzie pobiec po schodach niż czekać na windę, co też uczyniłam, wbiegłam na drugie piętro, a potem prawie z drzwiami wpadłam do biura. Można powiedzieć, że byłam na czas, ale reprezentowałam sobą jedynie rozwiany wiatrem obraz nędzy i rozpaczy.

Mogłabym napisać poradnik dla wiecznie spóźnionych, co powinni zrobić, aby zamiast rozdrażnienia wywołać litość w szefie. Ale to chyba zasługa tego galopu po schodach i odrobinie wiatru, który rano rozwiał mi nie do końca wyprostowane włosy…, Bo sama nie wiem, czemu to moje wejście smoka przyjęte zostało bardziej z rozbawieniem niż z ironią.