Cały ten szał maturalny przypomina mi moją gonitwę sprzed trzech lat, nic nie szło po mojej myśli bo wg planów pod koniec kwietnia miałam tulić swoje dziecię, a tu porodu ani widu ani słychu. Tak pokrótce to termin z OM miałam na 17-ego kwietnia, a z USG na 26-ego. Zaplanowane miałam dosłownie wszystko, łącznie z tym, że młody zostanie z teściową, a ja napiszę maturę. Baa ja nawet miałam zaplanowane jak Kacper będzie wyglądał. Wyobrażałam go sobie jako małego blondynka o niebieskich oczkach, ale jakoś jego początkowa rudość mnie zupełnie nie zraziła. Za to po roku włosy pociemniały i mam teraz niebieskookiego ciemnego blondyna z moich marzeń i snów:). Ale to nie ważne. Miało być dokładnie tak jak sobie zaplanowałam, nie brałam pod uwagę tego, że natura potrafi być złośliwa i wyszło na to, że polski i angielski zdawałam z synem w brzuszku. Po angielskim stwierdziłam, że albo wychodzi w ciągu 4 dni, albo wcale bo potem mam kolejne matury pisemne.

5 maja wieczorem po maturze pojechałam na KTG do szpitala, oczywiście zero skurczy, położna przeglądnęła moją kartę ciąży i prawie spadła z krzesła że jestem tyle po terminie, a sie nie zgłosiłam na patologię. Prawda jest taka, że mój lekarz kazał mi sie zgłosić 4 maja, ale jak mu powiedziałam, że chce jeszcze napisać jedną maturę to stwierdził, że jeśli będę się dobrze czuła to on problemu nie widzi. Próbowałam wytłumaczyć to pielęgniarce, ale tak się babina zestresowała, że byłam pacjentka ordynatora, że zawołała lekarza dyżurnego. Minę miał nietęgą, oczywiście koniecznie musiał mnie zbadać. Jego mina sprawiła, że się trochę wystraszyłam. Stwierdził, że bezapelacyjnie zostaje i jutro mój lekarz będzie i się mną zajmie. Nic mi nie wyjaśnił i poszedł. Nie spodobało mi się to zupełnie. Zła na cały świat, że bezsensownie muszę leżeć w szpitalu, zaczęłam ochrzaniać moją mamę biedną, mojemu T. tez się dostało. Po chwili zostałam “sama” z 4 innymi paniami i wcinałam chleb z miodem, ale ze złości to mi się nawet jeść nie chciało. W nocy spać nie mogłam krzyże mnie zaczęły boleć, panie chrapały, słabo mi się robiło najpierw z gorąca. Wpadłam na genialny pomysł wycieczki do łazienki i otworzenia okna, to znowu z zimna mnie dreszcze wzięły choć, maj był na prawdę ciepły. Słabo mi się zrobiło, ciemno przed oczami, zła byłam strasznie bo nie marzyłam o niczym tylko o własnym wywietrzonym pokoju i wygodnym łóżku. Kursowałam tak kilka razy, klnąc pod nosem na ból pleców, byłam pewna że mi kręgosłup strzeli. Koło godziny 4 usnęłam i pospałam aż do 5, bo przyszła sobie pani na mierzenie tętna. No i się zaczęło… Moje dziecko miało książkowy puls, czyli nic nadzwyczajnego, a ja znowu nie mogłam zasnąć… O 6:10 napisała do mnie sms moja mama, nie przebierając w słowach poskarżyłam się na niewygodne łózko i ból pleców. Esej wysłałam o 6:17, zaczęłam pisać kolejnego smsa jednak poczułam coś dziwnego. Wstałam z łóżka i zobaczyłam pod sobą sporą część łożyska. Akcja potem była dość błyskawiczna, dzwonek po pielęgniarkę, jazda na wózku ( bo niby sprawniej) na porodówkę, badanie przez lekarza, który mnie przyjmował. Chcieli dzwonić po mojego, ale stwierdzili, że nie ma czasu i trzeba ciąć. Przez całą ciążę, byłam przekonana że urodzę SN, a tu mi nagle z cesarką wyjeżdżają, upewniłam się jeszcze czy na pewno nie da się normalnie, a potem byłam już zdana na szybką akcję pielęgniarek. Przez te kilka minut usłyszałam tyle rzeczy, że się zastanawiałam czy by czasem nie uciekać. Miedzy innymi, że pewnie będzie wcześniaczek… Potem pani sprawdziła w karcie, że ciąża jest po terminie i zaczęła mówić do drugiej, że brzuch mam za mały i że będzie dobrze jak dziecko przeżyje. No szczerze mówiąc po tym ostatnim ręce mi opadły, bo nie dość, że byłam piekielnie wystraszona tym wszystkim to jeszcze pielęgniarka myśląc, że nie słyszę wygadywała takie rzeczy. Przewieziono mnie na salę, założono maskę, pan kazał liczyć do dziesięciu, to policzyłam… Pamiętam jeszcze jak skończyłam na trzech, kolejne wspomnienie to już to z sali do której mnie przewieźli i w której spędziłam kolejne 3 dni. Obudziłam się już o 7:30, koło 8 przyniesiono moje rzeczy, a o 8:30 oślepiona przez narkoze ( nie widziałam zupełnie nic na klawiaturze telefonu, ani na ekranie), wybrałam pierwszy lepszy numer, który w moim mniemaniu zaczynał się na T. Tatuś został poinformowany o tym, że ma synka, bo jakimś cudem dodzwoniłam się dobrze. Musiałam to powtarzać chyba 3 razy, tak niewyraźnie mówiłam i kazałam zadzwonić do mojej mamy bo nie byłam w stanie znaleźć jej w telefonie. Odwiedziny były po 13 i wtedy też pierwszy raz zobaczyłam swoje maleństwo… A w sumie dużego zdrowego chłopca o mocnym głosiku jak to stwierdziła Pani Pielęgniarka.

C.D.N