Zima u nas zawitała… To dziwne, ale po części się cieszę. Z natury nie lubię zimy, choć pamiętam, ze jako dziecko czekałam tylko, aż będzie więcej śniegu, zbierzemy naszą paczkę i pójdziemy w pola za domy pozjeżdżać z górki. Na nasze ulubione miejsce szło się ponad 30 min, ale jazda była przednia! Zjeżdżaliśmy do upadłego, a jak trzeba było wracać do domu to nagle sił nie mieliśmy i wlekliśmy się  godzinę. Nie raz przyniosłam lód w ukrytych częściach garderoby, zwanych majtkami. Wiele razy po naszych powrotach do własnych domów, rozbrzmiewał telefon, z pytaniem od sąsiadki ” Czy Twoja Ania tez w taki stanie do domu wróciła?”. A ile się musiałam usprawiedliwiać, że mi zimno nie było, że się bawiliśmy, że przecież nie będę wracać jak mi trochę śniegu wpadło gdzie nie powinno. Nigdy po takiej wyprawie nie byłam chora i to mnie chyba ratowało bo w innym przypadku słuchałabym narzekań mamy, ze jestem duża a nie myślę, że żadnych kuligów więcej itd. Teraz tylko czekam aż mój syn zacznie wychodzić na wyprawy zimowe. On ma trochę trudniej, bo mieszka w mieście, ale już teraz widzę że saneczkarstwo, albo rzucanie się z górki na brzuchu będzie jego pasją. udowodnił to w sobotę i wczoraj również.

Kacper ledwie wstał w sobotę, od razu podbiegł do okna i z radością stwierdził, że jest śnieg i ze idziemy na sanki. Cóż śniegu jeszcze nie było za wiele, ale obiecałam mu ze po obiedzie pójdziemy. W sumie wyszło na to, że poszliśmy wcześniej, bo o 12 miałam już wszystko gotowe i została nam godzina do przyjazdu taty z pracy. Ubraliśmy się i  lepiliśmy bałwana. A oto nasze dzieło.

                         Zdjęcie robione komórką i na szybko wiec jakość nie jest zbyt ujmująca.

     Potem poszliśmy na obiad i już nie było odwrotu, syn uparł sie na sanki, poszliśmy na pobliski parking i tam Kacper ciągnął sanki przez dobrą godzinę, potem znalazł mała góreczkę i stwierdził, że pozjeżdża z niej. jednak zanim ustawiłam sanki, mój syn już był na dole… Stwierdził że sanki mu nie potrzebne i na brzuchu zjeżdża sie lepiej. Wniosek? Musze kupić jabłko do zjeżdżania… Po godzince wróciliśmy do domu, ale tylko dla tego, że obiecałam, że znowu tam przyjdziemy i tak sie też stało, tym razem zabraliśmy tatę, który zrobił kilka zdjęć:)

    Buszujący w… trawie:) zjazd z góreczki na brzuszku