Dlaczego warto nauczyć dziecko, aby mówiło “dzień dobry”. 

Dlaczego warto nauczyć dziecko, aby mówiło “dzień dobry”. 

26 maja 2019 1 przez Anna

Wychowałam się z wpojoną mi przez rodziców zasadą, że zawsze, ale to zawsze mam mówić sąsiadom “dzień dobry”. Wzięłam to sobie do serca i do dziś witam się z sąsiadami, panią w sklepie, z obsługą banku, ludźmi pracującymi w tym samym budynku, w którym ja pracuję. Jest mi z tym dobrze, choć dziwi mnie, że niektórym ciężko udzielić odpowiedzi składającej się z tych dwóch słów. Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale stanowi to zapewne jakąś bolesną sferę w życiu tych ludzi, skoro znając kogoś z widzenia, z uporem maniaka udają, że tej osoby nie widzą. Takie to nawet zabawne, choć w sumie nie koniecznie, bo jednak świadczy to o braku kultury.


Zasady mówienia dzień dobry.


Może powinnam wyjaśnić, kto komu powinien mówić najpierw dzień dobry. Bo ta kwestia może przysporzyć kłopotu, a dla niektórych może być kluczowa i mam wrażenie, że często mylona jest z zasadami podawania ręki. Zobowiązana do powitania jest osoba, która jest w ruchu. Oznacza to nie mniej, nie więcej, że jeśli gdzieś idziemy i zauważymy stojącego nieopodal znajomego, to powinniśmy pierwsi powiedzieć „dzień dobry”. Gdy jednak idę sobie chodnikiem i z naprzeciwka dochodzi do mnie koleżanka, to pierwsza wita się ta osoba, która pierwsza dostrzeże znajomą. Gdy wchodzimy do sklepu, biura, urzędu to my jako osoby, które weszły do pomieszczenia, powinniśmy powitać osoby, które już się tam znajdują. We wszystkich innych sytuacjach, pierwsza wita się osoba lepiej wychowana. Wśród starszych ludzi przyjęło się, że to osoba młodsza powinna się witać ze starszymi, co ma być oznaką szacunku. Gdy różnica wieku nie jest duża i mamy do czynienia z różnicą płci, to mężczyzna powinien pierwszy powitać kobietę. Nie jest to poprawne pojmowanie zasad dobrego wychowania, ale nic nie poradzimy na to, że wpojono nam, że starszym powinno się mówić „dzień dobry”.


Dlaczego uczę syna, aby mówił dzień dobry?


Kiedyś przeczytałam, jak jedna mama stwierdziła, że ona nie zmusza swojego dziecka do witania się z sąsiadem. Szanuje jego odrębność i to, że może się bać danej osoby, albo zwyczajnie jej nie lubić. Zdziwiło mnie to, bo mowa była o wypowiedzeniu zaledwie dwóch zdawkowych słów, które nie zobowiązują do jakiegoś większego kontaktu. No najzwyczajniej w świecie, dzieciak nie musi sąsiadowi słać buziaków na powitanie, chodzi o zwykłe dzień dobry, które jest oznaką dobrego wychowania. Od tamtego postu minęło dobrych kilka lat, a ja coraz częściej widzę, że ta kobieta nie była odosobniona. Jest to zjawisko popularne na tak ogromną skalę, że właściwie zaczynam się czuć jak relikt przeszłości i zastanawiam się, czy moje dziecko za kilka lat nie stanie się ewenementem, który jako jeden z nielicznych potrafi wypowiedzieć te dwa trudne słowa.


Uważacie, że przesadzam? Niestety nie. Do dziś pamiętam, jak będąc w wieku mojego, syna pilnowałam tego „dzień dobry”. Czułam się głupio, gdy nie udało mi się w porę zauważyć sąsiada, który witał się ze mną pierwszy, nie patrząc na to, że jestem dużo młodsza. Właściwie spokojnie mogłam być jego córką. Wtedy odbierałam to jako plamę na honorze, bo ja chciałam okazać mu szacunek, teraz widzę, że może on wiedział więcej niż ja wtedy. Pamiętam jednak, że znajomym rodziców, czy sąsiadom było zwyczajnie miło, gdy witałam się z nimi, a nie przechodziłam obok jak niemowa w dodatku niewidoma. Dlatego też, od małego wpajam to młodemu. Jego to nic nie kosztuje, a zwyczajnie obydwu stronom jest miło.


Dzień dobry w obecnych czasach.


Coraz częściej syn przyprowadza kolegów do domu i ze zgrozą obserwuję, że tych, którzy potrafią się przywitać, jest tylko 3. Co ciekawe dobre wychowanie nie zależy od zasobności portfela. Często lepiej wypadają te osoby, które zbyt wiele nie posiadają. Jak wygląda przybycie gości? Poza pojedynczymi osobnikami, w których jeden wita się, przekraczając próg (nie widząc czy ktoś jest, czy nie) i dwoma innymi, w których chłopcy ewidentnie szukają wzrokiem osoby, z którą mogliby się przywitać, rzeczywistość wygląda bardzo smutno.


Większość przemyka do pokoju syna, udając, że nie widzi mnie lub męża. Co wygląda komicznie, bo mamy duże wejście do salonu, które wychodzi na blisko połowę przedpokoju, który dziatwa musi przemierzyć. Dlatego też pilnie patrzą pod nogi, skupiając się zapewne na tym, aby nie nadepnąć na żadną pinezkę, albo może nie potknąć się o własne skarpetki. Głowę podnoszą już w progu pokoju. Inni uważnie przyglądają się ścianie. No nie wiem, jest tam jeden obraz, może faktycznie jest tak ogromnie ciekawy. No cóż, można uznać, że nie zauważyli, więc nie mogli się przywitać.


Są też tacy, którzy widzą. Idą powoli przez przedpokój, nagle odwracają głowę w stronę salonu i kanapy, która stoi naprzeciwko wejścia. Widzą, że na tej kanapie siedzimy my (rodzice jego kolegi, do którego przyszli), ludzie, którzy czekają, tylko aby radośnie odpowiedzieć na powitanie i…
Nic… konkretne nic. Dzieciak napotyka na nasze spojrzenie, idzie powoli, nie spuszczając z nas wzroku i po chwili znika za zamkniętymi drzwiami, zostawiając nas z otwartymi paszczami, które chciały się przywitać, ale sytuacja je tak zszokowała, że nie powiedzieli nic. Z każdym kolejnym razem sytuacja mniej szokuje i może mogłabym sama się odezwać do dzieciarni, ale co ja się będę zabierać za coś, co powinni wpoić im rodzice.


Domofonowe pogadanki.


Odwiedziny to jedno, dobrym przykładem na brak ogłady powinny być też rozmowy przez domofon. Znowu pominę te pozytywne przykłady, które na szczęście są, ale statystycznie giną w gąszczu.
Zazwyczaj moja rozmowa przez domofon wygląda tak:


XYZ– Wyjdzie Kacper?
Ja– Tak/ Nie, bo jest teraz na treningu
XYZ– (cisza)


Nie wiem, czy mój rozmówca usłyszał, co powiedziałam.

Zastanawiam się, czy chce o coś jeszcze zapytać.

Nie wiem, czy już mogę odłożyć słuchawkę.

Boję się, bo może padł przy tym domofonie i potrzebna mu pomoc.

Nie wiem co robić, bo się nie odzywa.


Może warto uświadomić dzieci, że wypadałoby powiedzieć „Dziękuję, do widzenia”? Tak, żeby ta druga osoba wiedziała, że to koniec. A jak dziękuję to za dużo, to samo do widzenia wystarczy. O „dzień dobry” na początku rozmowy nie śmiem prosić. To coś tak oczywistego, jak rozmowy z potomkiem o tolerancji i o tym, że nie powinno śmiać się z innych. Co do tego nikt nie ma wątpliwości, a jednak wymaga więcej zaangażowania, niż powitanie.

 

Ostatnio zszokowała mnie jedna rozmowa, w której spotkało mnie tyle nieprzewidzianych słów, że aż tchu mi brakło i nie wiedziałam co z sobą zrobić. Właściwie najsmutniejsze jest to, że ta rozmowa w ogóle szokowała.
Dzwoni dziewczynka:


Dz– Dzień dobry. Czy Kacper wyjdzie na pole?
Ja– Nie ma Kacpra, ale wróci za 20 minut i możliwe, że wyjdzie.
Dz– To proszę mu przekazać, że czekamy na niego na placu.
Ja– Oczywiście, przekażę.
Dz– Dziękuję do widzenia.


Tyle szczęścia i kultury w jednej rozmowie. Pół wieczoru o tym rozmyślałam. Ale żeby nie było, są chłopcy, którzy kończą rozmowę równie kulturalnie.

Zmieniłaś zdanie?


Jeśli do tej pory uważałaś, że Twoje dziecko nie musi mówić dzień dobry, gdy tego nie chce, to zastanów się, czy jesteś pewna, że to słuszna droga. Czy nie milej postrzega się osoby, które przejawiają choćby odrobinę kultury? Poza tym, czy nie wstyd Ci będzie, jeśli pomyślisz, że Twoje dziecko wchodzi właśnie do mieszkania kolegi lub koleżanki, napotyka wzrok matki, ojca czy babci i mija ich bez słowa. Udaje przy tym, że ich nie widzi, choć praktycznie ociera rękawem o jej rękaw. Lub nie udaje, że nie widzi, patrzy im w oczy, zbliża się, mija i idzie dalej. Tak to ma wyglądać? Zdecydowanie łatwiej jest minąć sąsiada na klatce schodowej, udając, że schody są tak szerokie, a ściany tak ciekawe, że nie udało się tego powitania wygłosić, niż przejść jak gbur obok mieszkańca danego domu.