Przygotowania do komunii cz. 1

Przygotowania do komunii cz. 1

2 listopada 2017 5 przez Anna

Za nami październik, czyli miesiąc różańcowy. Nie powiem, żebym wcześniej pałała radością do obowiązku różańcowego, ale miło zaskoczył mnie to, co współczesny kościół, a może jedynie nasza parafia, oferuje dzieciakom. Tak, to będzie post z serii jestem katolem i jeśli kogoś to bardzo razi, to spokojnie, kolejny post z takiej serii pojawi się najwcześniej za miesiąc. Dlatego już teraz, można zakończyć czytanie, albo pozostać.

różaniec

Różaniec.

Na końcu września dowiedzieliśmy się, że ksiądz ma do sprzedania różańce. W sumie nic dziwnego, bo to standardowa procedura, każde dziecko przygotowujące się do I Komunii, ma swój biały różaniec, który jest niejako pamiątką. Przygotowana przez koleżanki, których dzieci były u komunii w tamtym roku, wiedziałam, że muszę zabrać ze sobą około 20 zł. Zresztą sama uważałam, że właśnie tyle będzie kosztował taki różaniec. Na spotkaniu okazało się, że pomyliłam się o 15 zł i zapłaciłam jedynie 5, do tego był to zakup nieobowiązkowy, bo jak to ksiądz stwierdził, kolorami różańców dzieci się nie modlą, a skoro niektórzy mają już swoje, to kolorowe, domowe jak najbardziej można poświecić i nie kupować nowego.

Punkt dla księdza, czy też może parafii, bo nie jestem pewna, kto dokładnie tak zadecydował. Domyślam się, że chciano w ten sposób wyjść naprzeciw osobom, które liczą się z każdym groszem i tym, którzy uważają, że kościół to ździercy, czy tam księża to ździercy.

Lekko oszołomiona, następnego dnia poszłam do sklepu z dewocjonaliami po futeralik na różaniec. Tam zauważyłam, że ten sam różaniec, który kupiłam młodemu, jest o 2 zł droższy. Nie, żebym musiała odliczać każde 50 groszy, ale sama byłam nastawiona na narzuconą przez kościół marżę.

Róże, dzieciaki i inna atmosfera.

Nuda, nuda, nuda… Tak pamiętam różańce, na które chodziłam w dzieciństwie. Przypominając sobie tamte chwile, trzęsłam się na samą myśl, w której młody po 2 nabożeństwach ma serdecznie dość i ani myśli tracić czasu na chodzenie do kościoła. A ma przecież treningi i sporo zadań do odrobienia, więc na nadmiar wolnego czasu nie może narzekać.
Ogromną motywacją, okazał się kalendarz z naklejkami rozdawany w kościele. Co prawda nie udało nam się zebrać wszystkich naklejek, ale to nie jest najważniejsze. Jednak po kolei. Nawet najbardziej kolorowy kalendarz, nie poradziłby sobie z nakłonieniem dziecka do różańca, gdyby nie rówieśnicy i siostry, które angażowały chętne dzieci do odmawiania Pozdrowienia Anielskiego.
Wystarczył jeden flakon, około 50 sztucznych róż, które każde dziecko dostawało i dobre chęci. Każde z dzieci miało szansę raz odmówić modlitwę i włożyć różę do flakonu. Niektóre, nie chciały robić tego wcale, a inne ustawiały się w kolejce każdego dnia. Każdy był zadowolony, bo robił coś z własnej woli. Najzabawniejsze było to, że podczas różańca, ani razu nie słyszałam od obecnych dzieci, że chcą już wracać do domu, co z kolei jest częste na zwykłych mszach. Oczywiście tak wyglądał różaniec dla dzieci, dorośli mieli swoje nabożeństwo godzinę później, dzięki czemu i starsi mieli coś dla siebie, nie musząc się denerwować na kręcące się dzieci.

Mucha.

Skoro kwestię duchową mamy już omówioną, a przynajmniej jej początkową kwestię, przejdę do zwykłych ludzkich spraw. Oprócz różańca, o którym wspominałam, miałam w planach zakupić wcześniej zaproszenia, ubrania młodemu do przebrania i masę innych koniecznych rzeczy. Z całej listy zamówiłam dopiero muchę, w której młody wystąpi po obiedzie i to by było na tyle. Nie mam weny, nie mam chęci, jeszcze żyję złudzeniem, że tego dnia jest daleko. Znając siebie, za kilka miesięcy, będę panikować, że z niczym nie zdążę, choć w sumie zakupy to i tak ta mniej ważna część przygotowań.

(Visited 105 times, 1 visits today)