Ten wpis kieruję do kobiet, które się wahają i stanęły przed wyborem takim jak ja w połowie ciąży. Otóż lekarka, z której początkowo byłam zadowolona, dwa razy dała mi powód do tego, aby zastanowić się nad tym, czy na pewno dobrze trafiłam. Za drugim razem, jak nie trudno się domyślić, po prostu zmieniłam lekarza.

Zmieniłam lekarza prowadzącego ciążę.


Nie będę tu płakać nad tym, że trafiłam na niekompetentnego lekarza, że nic nie wiedział i w ogóle był zły. Lekarka, do której zaczęłam chodzić, nie była niekompetentna, wręcz przeciwnie, jednak swoim sposobem bycia zatrzymała się w PRL-u. Byłabym w stanie zrozumieć, że lekarz przyjmujący na NFZ jest zwyczajnym gburem i ma w dupie pacjentki, ale nie dam się zbyć, gdy płacę za wizytę z własnej kieszeni.


To nie jest tak, że widzę same wady. Miałam do niej 5 min spacerem, do tego nigdy nie czekałam w kolejce i wchodziłam na umówioną godzinę, jednak czasem czułam się na wizycie jak worek na dziecko, który jest niepotrzebny, którego nie trzeba o niczym informować i który jest dodatkiem do rozwijającej się ciąży. Nie skarżyłam się, bo starałam się szanować sposób pracy pani doktor, jednak w głowie bardzo utkwiły mi wizyty sprzed 11 lat u innego lekarza. Były zupełnie inne i nie bałam się zadać nawet najgłupszego pytania. Do tego czułam się na miejscu i nie byłam traktowana jak niepotrzebny rupieć.


U lekarki, którą wybrałam, wszystko było na miejscu, gabinet był schludny, pani doktor wydawała się zwyczajna i kompetentna. Nic tylko chodzić i się cieszyć. Jednak wizyta na USG połówkowym i kolejna, na której byłam z mężem, utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie chcę chodzić do osoby, która w jednej chwili miesza mnie z błotem i w dodatku wciska mi w usta coś, czego nie powiedziałam. A taka sytuacja miała miejsce. Wizyta wyglądała tak, że monitor skierowany był w stronę lekarki, a ja zadałam pytanie w nieodpowiednim momencie. Nie miałam świadomości tego, że chwila nie jest odpowiednia, bo lekarka nie opisywała żadnych pomiarów czy sprawdzanych narządów. Skomentowała buzię dziecka, pokazała coś mężowi, a ja zadałam pytanie, które ją rozjuszyło, choć jeszcze się babina trzymała… Mianowicie zapytałam, czy też mogę zobaczyć. Na wcześniejszej wizycie zrobiłam to samo.


Potem, żeby nie zapomnieć, zapytałam, czy mogłaby mi w wolnej chwili zrobić zdjęcie małego i już miałam dodać, że mnie syn przed wyjściem prosił, ale nie zdążyłam. Dostałam taki ochrzan, że jestem niepoważna, że ona sprawdza ważne parametry, a mnie krótko pisząc bzdety w głowie, że przez chwile mnie zatkało. Pewnie, gdyby nie uspokajająca mina męża, to doszłoby do awantury, bo chciałabym wygłosić swoje racje i albo ona by mnie wywaliła, albo ja sama bym wyszła. Przez chwilę miałam nadzieje, że lekarka sobie żartuje. Nie żartowała. Ja dochodziłam do siebie przez całą drogę do domu, pytając męża o poszczególne parametry, których nie usłyszałam, lub jak mi się wydawało, nie podała. Po wizycie nie wiedziałam nic, oprócz tego, że wg niej jest ok i że według mojej Pani doktor, ja przez całą ciążę nie muszę widzieć ekranu USG, bo ono jest dla niej.



Podróż do przeszłości.


11 lat temu wizyta u ginekologa wyglądała tak, że lekarz krok po kroku opisywał każde z wykonywanych czynności. Na moje pytania czas był na końcu wizyty. Oczywiście w trakcie też mogłam zadawać pytania, jednak nie było takiej konieczności, bo pan doktor wszystko dokładnie opisywał. Na każdej wizycie miałam wykonane USG, mierzona była główka ilość wód, bicie serca, waga dziecka (oczywiście szacowana). Sprawdzane narządy zawsze były komentowane i pokazywane. Nie, że jakoś specjalnie, po prostu ekran skierowany był w moją stronę, dzięki czemu czułam się traktowana jak partner w rozmowie, mimo że byłam mniej kompetentna niż Pan ginekolog.


Nie miałam poczucia, że jakieś pytanie jest głupie lub nie na miejscu. Raz jeden dostałam opiernicz od lekarza, z uwagi na to, że w 5 miesiącu przybyło mi 2 kilogramy, a nie 1 jak wg pana doktora było zdrowo. Przemówiło mi to do rozsądku i później już się pilnowałam. Jednak wtedy wiedziałam, że ma racje, bo chodziło o zdrowie moje i dziecka.
Pamiętając to wszystko, nie umiałam się pogodzić, że teraz może być gorzej, bo i niby dlaczego. Upływ czasu powinien działać na zmiany w postawach lekarzy, ale na lepsze, a nie na gorsze, dlatego zaczęłam szperać w sieci i szukać informacji czy na pewno to ja mam rację. Rozpytałam kilka znajomych, poskarżyłam się mamie- bo czemu nie i doszłam do wniosku, że większość jednak dobrze mi radzi. Więc zmieniłam lekarza.



9 powodów, dla których powinnaś zmienić lekarza.


Za Tobą kilka wizyt u lekarza, a Ty zastanawiasz się, czy powinnaś go zmienić? O to kilka powodów, dla których powinnaś to zrobić bez zastanowienia.


1. Czujesz się niepewnie i z wizyty na wizytę uważasz, że coś jest nie tak w Waszej relacji, choć sama nie wiesz co.
2. Lekarz nie odpowiada na Twoje pytania, nie rozwiewa wątpliwości.
3. Nie czujesz się bezpieczna i pod dobrą opieką. Masz wrażenie, że w razie czego nie będziesz mogła liczyć na wsparcie.
4. Jesteś niezadowolona ze sposobu i przebiegu wizyty.
5. Lekarz przedkłada swój nastrój nad Twoje dobro.
6. Czujesz, że przeszkadzasz lekarzowi, który nie kryje zniecierpliwienia i niechęci.
7. Jesteś kolejnym numerkiem, od którego bierze się tylko pieniądze.
8. Lekarz robi przytyki do twojej wagi (niskiej lub wysokiej) lub wyglądu.
9. Masz pewność, że lekarz zaniedbał swoje obowiązki i wykonanie ważnych pomiarów podczas USG, lub podczas innego badania.

Nie ma powodu, żebyś płaciła za usługę, z której jesteś niezadowolona. Do tego nie ma powodu, aby narażać się na kolejne takie spotkania i na utratę ciężko zarobionych pieniędzy. Płacisz za wizytę i masz prawo oczekiwać tego, żeby lekarz traktował Cię jak normalnego człowieka.