Biegać z dzieckiem.

Biegać z dzieckiem.

23 maja 2014 7 przez Anna

     Dzień jak co dzień, ale ta pogoda… Dosłownie cudowna, aż chciało się wyłączyć laptopa, przekręcić klucz w zamku i wyjść z biura. Niestety to nie możliwe, ale mój umysł nadal kombinował jak zażyć słońca. Jak skorzystać z niego bez konieczności wysiadywania w skwarze na przyblokowym krawężniku. A może by tak z dzieckiem na rower dalej niż na osiedle? Ta myśl kiełkowała przez resztę dnia.

Bez tytułu

      On pojedzie, a ja z nim? Niby się da, niby wiem gdzie, ale myśl o tym, że musiałabym wyjąć swój własny rower w którym jeszcze nie zdążyłam wymienić pedał od ubiegłego roku,  przyprawiała mnie o dreszcze. Nie żebym ich jeszcze nie kupiła. One są, ale aktualnie zajmują zaszczytne miejsce na lodówce. Lubię jeździć, ale akurat wczoraj moje chęci stanowiły marny procent w porównaniu do myśli o bieganiu. Bo młode z małym rowerem jedzie wolniej niż ja lubię, a za wolno jeździć to żaden fun, ale za to na tyle szybko, żebym musiała za nim biec. W tym momencie rozważań powinnam odpuścić, ale coś mnie podkusiło, no bo kto jak nie ja? Z młodym mam się bawić przez 30 minut dziennie, a on rower kocha więc upiekłabym 2 pieczenie przy jednym ogniu. On się wyszaleje i spędzi ze mną czas, a ja sobie pobiegam. Minus był jeden, moja czerwona twarz, oczywiście po wysiłku i pora, która tej twarzy absolutnie nie ukrywała. Sam nie wierzyłam w to że wyjdziemy, a zachowanie Kacpra i upór co do długich spodni utwierdzał mnie w przekonaniu, że powinnam to sobie odpuścić, ale w końcu młode dało za wygraną więc nie miałam wyjścia. Trasę wymyśliłam właściwie jeszcze w drodze do domu. No bo na jazdę z 5 latkiem trzeba wybrać w miarę szerokie chodniki, albo stricte ścieżki rowerowe, nie chciałam ryzykować, że przy którymś omijaniu pieszych i zbliżaniu się do jezdni jego małego rowerka, zejdę na zawał. Poszliśmy! Pierwsze 10 minut ciągłego ryku, bo mu się nie udaje, bo rower źle jedzie, bo pedała go uderzyły, bo on chciałby już jechać, a nie ma gdzie i rower trzeba prowadzić, bo… Pożałowałam, że go wzięłam. Nie wiem o czym ja myślałam:-p? W końcu jakoś się opanowaliśmy i  młody jechał w miarę, ja zagryzłam zęby i próbowałam go doganiać,  nie zawsze mi się udawało. I tak wspólnie pokonaliśmy 5,66 km. Dodam, że tą trasę chciałam pokonać w 30 minut. Nie wiem czemu założyłam, że gdy będę biegać i gdy mały będzie jechać, to w tyle spokojnie zrobimy naszą trasę. Nic bardziej mylnego. Tego biegania nie było tytle ile chciałam. Do tego przerwy na wodę, bo młody nie może przecież pić wtedy kiedy ja i spowolnienie na przechodzenie przez kilka uliczek. Dodatkowy minus- młode papla. Ja znam go, wiem ile potrafi mówić, ale na prawdę sądziłam, że jak będzie jechał na rowerze to sobie odpuści, a tu nie. Zaśpiewał mi chyba z dziesięć piosenek, bawił się ze mną w ściganego, poganiał mnie, próbował tworzyć zagadki, a to wszystko tylko po to żebym się nie nudziła. A na końcu wbił mi gwóźdź do trumny stwierdzeniem ” Mamo następnym razem przebiorę się za Spidermana i obydwoje będziemy czerwonymi ludkami”.

     Trasa dłuższa niż kiedyś robiłam, tempo nie porywa, czas również, ale te kalorie… Wiecie? Czuję, że spaliłam 2 razy tyle odpowiadając dziecku na pytania, strofując żeby nie jeździł slalomem i w ogóle odwracając się milion dwieście razy po to tylko, żeby się upewnić, że za nami samochód nie jedzie. I taki żal mam do endomondo. Przecież wiedział, że ja z synem biegałam i więcej spaliłam!:-p

Polecam