Wczoraj po raz pierwszy od ponad miesiąca (chyba), wyskoczyłam na bieżnię stadionową. Każdy z was wie chyba jak wygląda słoń? Tak się czułam. Wręcz fatalnie.    Zdołałam przebiec za jednym zamachem zaledwie 1600m potem doszło jeszcze jedno okrążenie i łącznie wyszło 2 km biegu. Oprócz tego 4 km marszu i takim oto sposobem wczoraj spaliłam 650 kcal. Zmęczyłam się potwornie i mimo doborowego towarzystwa mego najwspanialszego mężczyzny, jestem niezadowolona. Kurde gdzie moja nikła kondycja? Nie dość, że dietę zawaliłam, aż boję się jutro na wagę stanąć. To na domiar złego jeszcze bieganie sprawia problemy.

Komfort Biegu.

         Nie mam profesjonalnego obuwia do biegania. Na allegro kupiłam jedne z tańszych par według opisu nadające się do biegu i muszę stwierdzić, że zupełnie inaczej się chodzi i biega. Nawet rozważałam, pójście w nich do pracy, bo moja lewa stopa po godzinie biegu odżyła, przestała boleć. Aż dziwne co lepsza amortyzacja w butach potrafi zrobić dla stopy.  Pisałam kiedyś, że jak ktoś chce biegać to nawet w trampkach pobiegnie. Owszem… Ale jeśli ktoś ma sporą nadwagę, problemy ze stawami lub prozaiczne płaskostopie, podczas biegu może nabawić sie kontuzji. Albo noga może boleć bo ma taka ochotę jak w moim przypadku.

 

          Jutro dzień bilansu. Najchętniej wcale nie stawałabym na wagę, bo czuje, że jest źle. Ale to byłoby kłamstwo z mojej strony. Pokazywać tylko te dobre chwile. No cóż. Odchudzanie i sport wiąże się z upadkami i wzlotami. Ja tydzień mogę zaliczyć raczej do upadków.