prawo jazdy
Subiektywnie

Moje prawo jazdy.

    Spoglądam  na to moje prawko z lekkim przestrachem. Nadal go nie zaktualizowałam, choć dawno powinnam zmienić dane osobowe, ale z drugiej strony, mam go na czas nieokreślony, a teraz się już takich nie wydaje. To chyba jedyny dokument, którego nie chce mi się zmienić, bo stracę ten piekielny dopisek. Nawet opracowałam plan awaryjny, na wypadek kontroli drogowej, ale to nie miejsce na takie opisy. Skoro jeszcze nigdy mnie policja nie zatrzymała, to żyję złudzeniami, że zdążę je wymienić do momentu, w którym ten pierwszy raz nadejdzie. Może kiedyś się przełamie.

prawo jazdy

Kiedy zrobić prawo jazdy?

      Z zapartym tchem obserwowałam w dzieciństwie wszelkie nowinki dotyczące pozwoleń na wcześniejsze zrobienie prawka. Przez jakiś czas było tak, że po wyrażeniu zgody przez rodziców, prawo jazdy mogły zrobić nastolatki, które ukończyły 16 lub 17 lat. Pamiętam, że z nadzieją spoglądałam w kierunku rodziców, którzy zapewne taką zgodę by wyrazili. Jednak przepisy się zmieniły i gdy już miałam te 16 lat, prawo jazdy mogły zrobić tylko osoby pełnoletnie. Musiałam czekać jeszcze dwa lata, długie dwa lata, w których niecierpliwie przebierałam nogami, bo tak strasznie chciałam to prawo jazdy zrobić. Nie czekałam zbyt długo, na kurs zapisałam się miesiąc po 18-nastych urodzinach i uważam, że to była jedna z lepszych decyzji jakie podjęłam. Do podobnego wniosku doszli też znajomi z klasy, choć na kursie spotykałam ludzi w różnym przedziale wiekowym. Nawet dwa razy jechałam z kobietą, która miała wnuki i stwierdziła, że prawo jazdy, to coś czego do szczęścia jej brakuje. A szło jej na prawdę dobrze.

Pieniądze na kurs.

     Kurs prawa jazdy i egzaminy, to nie są rzeczy tania. Nie było to tanie kiedy zdawałam prawko 8 lat temu i nie jest to tanie teraz. Więc skąd nastolatka ma wziąć pieniądze na tak kosztowne marzenie? A no z 18-nastki. Moja rodzina wiedziała, że składam pieniądze na prawo jazdy i zamiast prezentów, dostawałam pieniądze. Cieszyło mnie to ogromnie, bo właściwie za cały kurs zapłaciłam sama. Moja mama wspomogła mnie przed samym egzaminem, gdy i za niego musiałam zapłacić i dała mi pieniądze. Od zapisu na egzamin, minął miesiąc, a może i więcej i przez ten czas udało mi się zarobić na opłacenie drugiego egzaminu, w razie gdybym nie zdała pierwszego. W myśl zasady, nie będę marnować czasu i jeździć dwadzieścia razy, żeby zapłacić i zamówić termin egzaminu, stwierdziłam, że zrobię to zaraz po tym jak się okaże, że go nie zdałam. Ale jak zarobić pieniądze chodząc jeszcze do liceum? Ja rozdawałam ulotki z tych pieniędzy chciałam zapłacić za ewentualny drugi kurs, ale można podjąć się jakiejkolwiek, wakacyjnej pracy sezonowej.

Ile razy można zdawać?

     Można zdawać 13 razy, można też 7 razy, 3, albo dwa. A można też zdać za pierwszym razem. Z racji tego, że w moim liceum prawo jady to było coś naturalnego, praktycznie cała klasa żyła egzaminami swoimi i koleżanek. Pieczołowicie notowaliśmy kto ile razy nie zdał i pocieszaliśmy zdruzgotanych. Właściwie wtedy nie ważne było czy ktoś kogoś lubił czy nie. Prawo jazdy jednoczyło wszystkich, bo wszyscy mieli je za sobą lub przed sobą. To coś jak z matkami, one zawsze znajdą temat. tak samo pełnoletni licealiści. Jeśli nie mają o czym rozmawiać, to rozmawiają o egzaminach na prawo jazdy.

Mój egzamin.

      Jadąc na egzamin miałam trzy cele. Pierwszy z nich, to nie wyłożyć się na teorii i nie wracać się do pytań, bo wtedy robiłam błędy. Drugi cel, to przeżyć łuk. W torebce, miałam pieniądze na kolejny egzamin, więc jeśli by mnie łuk pokonał, to pokazałabym mu środkowy palec i wpłaciłabym kasę na kolejny egzamin, ale wolałam go chociaż pokonać. No i cel drugi, zdać ten głupi egzamin jak najszybciej, bo potem z rosnącym brzuszkiem ( a kolejne terminy egzaminów były w odległości  3-6 tygodni) mogłoby być trudniej. Albo wcale mogłabym nie mieć siły na jeżdżenie i zdawanie. No, ale plan był taki, że gdybym nie zdała, to wróciłabym do domu i tyle. Nie miałam w planach odegrania sceny tragicznej, ani nic z tych rzeczy.

    Pojechałam z obstawą, a jakże by inaczej. T. wytrwale mi kibicował czekając aż skończę. Plusem niezdanego egzaminu miał być szybki powrót do domu, bo wiecie jak pociągi kursują, jak nie wsiądziesz do niego na czas, to na kolejny czekasz 2 godziny. Tak więc stresowałam się, że jak nie zdam, to nie zdam za późno i będziemy musieli długo na pociąg czekać. Wyszłam z teorii z jednym błędem, bo się wróciłam do pytania:D, egzamin praktyczny miałam jako ostatnia z grupy i cudem zaliczyłam ten chrzaniony łuk, a potem górka i bach na miasto. Pan egzaminator był miły, ale mało rozmowny, zbijał mnie tym z tropu i ciężej myślało mi się w tak poważnej atmosferze. Pamiętam jak kazał mi jechać prosto, droga główna skręcała w lewo, a podporządkowana w prawo. I to moje błyskotliwe pytanie, które nie doczekało się odpowiedzi ” Ale, które prosto?”. Pojechałam w dobre prosto, potem auto mi zgasło, gdy dojechaliśmy do przejazdu kolejowego i pierwszy raz widziałam, że ten poczciwy człowiek obok mnie, coś bazgrze. No kurde, potem zawracanie, znowu coś bazgrał, parkowanie i znowu bazgrał, choć głowę dałabym sobie uciąć, że zrobiłam to dobrze. Po chwili było mi już wszystko jedno, bo skoro 3 razy coś na bazgrał, to już wiedziałam, że jest po mnie. W końcu wróciliśmy na plac, trochę wkurzona na siebie usłyszałam, że Pan mi gratuluję i nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Udało się:). Zdałam, od tak. Za pierwszym razem i wyłamałam się z klasowej kliki, w której trzeba było zdawać co najmniej 2 razy. Bo za pierwszym razem zdają tylko nienormalni.

I tylko trochę mi żal.

      Miałam fajną instruktorkę, trafiałam na świetnych kolegów kursantów i w ogóle naukę jazdy wspominam jako najbardziej pozytywne wydarzenie w jakim w tamtym okresie brałam udział. Szalenie mi się podobało, dlatego też było mi ogromnie żal, że to już koniec. Tak na prawdę wbiłam się w rytm jazd i strasznie ciężko wracało mi się do szarej codzienności. Ten żal utrzymywał się do momentu, w którym sami kupiliśmy samochód, ale po cichu nadal tęsknie do tego klimatu z kursów.

20 komentarzy

  1. Gratulacje Aniu! Zdać za pierwszym to mega wyczyn 😀 Ja zdalam za trzecim. Pierwszy egzaminator był w porzadku, ale na “trójkątnym” skrzyzowaniu ustawiam się pod prąd do skrętu w lewo, wiec stwierdził (slusznie), że jestem zagrożeniem. Drugi byl typowym starym zgredem. Oblał mnie za to ze jeżdżę za blisko krawężnika. Za trzecim gdy usłyszałam ze on będzie mnie znów egzaminowal poszłam wUrwiona. Logiczne było ze nie dam rady bo facet ma problem do mnie. Wszystko przebiegało tak samo. Ta sama trasa itp. Udało się jednak 🙂

  2. Ja zdawałam kilka razy, na kurs zapisałam się trochę po osiemnastce, a w dziewiętnaste urodziny już podjechałam do szkoły autem i nie jest mi głupio czy żal, że tyle to trwało 😉 Pieniądze miałam z osiemnastki, opłaciłam sobie kurs i wszystkie egzaminy i jestem przeszczęśliwa, że nie musiałam prosić o to mamę.

    1. Nie każdy ma predyspozycje i chęci. Wydaje mi się, że to po prostu trzeba lubić. Ja nie wyobrażam sobie nie mieć prawka, ale miałam 2 jazdy z dziewczyną, która panicznie bała się siedziec za kółkiem i dla mnie to był najwiekszy koszmar. Nie wiem czy w koncu zdała prawko, nawet jeśli to wątpie czy sama wsiada za kierownicę. Jeśli ktoś nie ma pewności, że chce, lub się po prostu boi, to nie powinien męczyć ani siebie, ani innych kierowców.

    2. Ja nie mam i nie planuję, choć kto wie, do czego człowiek będzie zmuszony w przyszłości. Póki co nie potrzeba mi samochodu, to i tym bardziej papieru do jego prowadzenia. Nie chcę wylądować jak jedna z moich koleżanek, co zrobiła prawko w liceum, a zaczęła jeździć 10 lat później. Wszystkiego musiała się nauczyć od zera. Moim zdaniem dożywotnie prawa jazdy to powód wielkiej ilości wypadków w Polsce (10x tyle w porównaniu do krajów zachodu). Ludzie po 20 latach od egzaminów nie pamiętają przepisów, jeżdżą na pamięć, o zmianach przepisów tym bardziej nie wiedzą, bo i skąd.

      1. Coś może w tym być, ja jednak pokusiłabym się o wprowadzenie przepisów, w których po 50 roku życia, kierujący pojazdami powinni być zobowiązani do wykonywania badan lekarskich uprawniających do kierowania pojazdem i tak co 3 lata do 68 roku zycia, a potem od 70 roku zycia przymusowo co rok. W brew pozorom przepisy nie zmieniają się tak czesto jesli chodzi o poruszanie sie po ulicach i o znaki drogowe. Od czasu mojej karty rowerowej do otrzymania prawka niewiele sie zmienilo, wlasciwie doszedl obowiazek zapinania pasow, foteliki dla dzieci i chyba tyle. Bo zmiany w egzaminowaniu to inna inszość.

        1. Zmieniło się sporo w przepisach rowerowych i kierowcy np. nie wiedzą, że rowerzysta na przejeździe rowerowym ma pierwszeństwo jeszcze zanum na niego wjedzie, że nie wolno stawać na miejscu dla niepełnosprawnych nawet na chwilę, że parkować od zebry i skrzyżowania można dopiero w odległości 10 metrów, że rowerzyści mogą jechać obok siebie o ile nie stwarzają zagrożenia. Albo że liczba na znaku z czerwoną obwódką to maksymalna dozwolona prędkość, a nie minimalna. 😉

          1. Ale to sie nie zmieniło, to juz bylo. Tzn moze nie to ze rowerzysta na przejsciu dla rowerow ma pierwszenstwo za nim na niego wjedzie, co akurat u nas w miescie jest od czapy bo są drogi rowerowe a rowerzysci jadą ulicą. To ze rowery mogą jechac obok siebie, owszem tez bylo jak zdawalam karte rowerową, ale wlasnie sama interpretacja ” jesli nie stwarzają zagrożenia” jest wymowna. Przy pustej drodze super, jesli auta jadą z naprzeciwka, tez ok, ale jesli samochody jadą z tylu i z przodu, to już jest stwarzanie zagrożenia. Własciwie powiem otwarcie, powystrzelałabym wszystkich rowerzystów, którzy mają droge rowerową a i tak pchają sie pod koła samochodów.

          2. No, to jeszcze pytanie, jak wygląda droga rowerowa. Czy to przypadkiem nie jest chodnik pełen ludzi z wjazdami na posesję. Czasem omijam takie CPRy, bo boję się, że rozjedzie mnie samochód nagle wyjeżdżający z bramy. A normalnych DDRów oczywiście korzystam, ale staram się omijać równoległymi ulicami bez DDRów, na ulicy czuję się bezpieczniej, nie muszę uważać na psy, pieszych, matki z wózkami idące środkiem i dzieci wbiegające pod koła i omijać zjeżdżając na jezdnie zaparkowane w poprzek samochody. :/ Najbardziej lubię pasy rowerowe i kontrapasy, rzecz jasna nigdy nie jeździmy z Tomkiem parą na ruchliwych ulicach, ale na wiejskich asfaltach rzędu jeden samochód na 10 minut – bardzo często. Klucz – zdrowy rozsądek i wyobraźnia. ja po prostu wiem, że kierowcy mnie nie widzą, albo nie chcą zobaczyć. Tak samo jak nie widzą “przebiegających” staruszek oraz innych samochodów przepuszczających pieszych. Nie widzą również podwójnej ciągłej linii na zakręcie, wyprzedzają na trzeciego, tragedia. Jak sobie pomyślę, że w Norwegii kiedyś przez 2 kilometry jechał za nami sznur samochodów, nikt nie odważył się przekroczyć podwójnej ciągłej mimo pustej drogi z naprzeciwka, to mi się tylko chce płakać.

          3. Są w porządku, bo sama po nich jeżdżę, ale jakie by nie były są przeznaczone dla rowerów. Ja jadąc samochodem poruszam się tylko i wyłacznie po jezdni, a nie wjeżdżam na chodnik czy pas zieleni, bo mi się np nawierzchnia nie podoba. Wiesz dziura na dziurze i te sprawy:-p.

            Co do przechodzenia na pasach, ostatnio prawie mnie jeden taki rozjechał, po tym jak z lewej samochód się zatrzymał, z prawej nic nie jechało, to sobie weszłam, a jakiś znerwicowany bufon wyjechał zza tego samochodu, który mnie przepuscił i wjechał sobie legalnie na przeciwległy pas prawie przejeżdżając mi po palcach. Jakoś mnie tknęło, żeby w połowie pasów spojrzeć w to lewo ( tak irracjonalnie, bo przeciez nic nie mogło tam jechać) i ten ułamek sekundy mnie uratował.

  3. Zdałam za trzecim razem, opowiadałam tacie przebieg egzaminów, znajomym również i wszyscy twierdzą, że to było zwyczajne chamstwo, że mnie oblewano i tego się trzymam 😉 za 3 podejściem do praktycznego wsiadając do auta zaczęłam jojczeć egzaminatorowi, że się mąż denerwuje na mnie, że znów nie zdałam, że trzeba z CHORYM DZIECKIEM DO SZPITALA JEŹDZIĆ, a ja wciąż nie mam prawa jazdy i inne takie “ołmajgad sad story”…które było wierutną bzdurą, wygrałabym tym numerem jakiś konkurs dla mitomanek, ale przynajmniej zdałam prawko, bo jeździć to ja od początku jeździłam dobrze, bo miałam super instruktora!

    1. Te kity to chyba domena transportowców i logistyków. Ostatnio udało mi się puścić taki kit, że przez moment sama się zastanawiałam czy to aby nie prawda była.

  4. Ja na prawko też poszłam zaraz po 18 za uzbieraną kasę… Tyle że według mnie trafiłam na kiepskiego i mega nudnego instruktora… Więcej wyniosłam z 3 godz dokupionych potem w innej szkole niż przez cały kurs u niego chyba. Zaletą było tylko to że przyjeżdzał po mnie i odwoził no i nie jeździliśmy w ogóle po naszym miasteczku a odrazu tam gdzie się zdaje.
    A zdać zdałam ale za 4 razem dopiero ;-). Raz oblałam za przejechanie na czerwonym świetle (małe gapiostwo z mej strony 😛 ) a innym razem np na placu za to że zamiast nazwać światła drogowymi powiedziałam długie i egzaminator na tym zakończył ( ależ byłam wściekła).

  5. Nam trochę dłużej zeszło z egzaminami, ale i tak wspominamy ten czas bardzo miło. Wyjeździłyśmy praktycznie po 3 kursy każda, a nieprzejednany łuk śnił nam się po nocach 😀 Pieniądze wzięłyśmy z 18, chyba jeszcze coś musiałyśmy dopłacić, ale ostatnio jak się dowiedziałyśmy, ile kosztuje sam kurs to się za głowy łapałyśmy.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.