Jak nie urazić grubaska.

Jak nie urazić grubaska.

11 lipca 2014 15 przez Anna

nze7        Jak Wam dobrze wiadomo do szczypiorków nie należę, ani teraz ani wcześniej. Choć wcześniej to nie wiecie, bo bloga nie prowadziłam, ale musicie uwierzyć mi na słowo. Z racji tego, że dokonuję ostatnich szlifów zakupowych, o czym informowałam na FB, spotkało mnie kilka zabawnych sytuacji w sklepach odzieżowych. I tak sobie myślę, że sporo się zmieniło, bo sprzedawcy starają się nie urazić większych kupujących, ale wpadają z tego powodu w zdaniowe ślepe uliczki, które mogą być zarówno przykre jak i zabawne. Jednak ogromnym plusem jest to, że się w ogóle im się chce, bo kiedyś nie było tak kolorowo.

Rok 2007, jesień. Przydałyby mi się nowe dżinsy. Wyciągam ze schowka moje oszczędności i idę na łowy. Łowy nie takie łatwe, bo ciężko było mi dobrać spodnie. Wchodzę do sklepu rodem z dzikiego zachodu ( chyba Texas się nazywał). Widzę fajne dżinsy w rozmiarze 38, jednak wiem, że potrzebuję rozmiar większych, albo dwa jak rozmiarówka jest do kitu. Uprzejmie pytam młodej pani o rozmiar, na co kobieta odpowiada ” Takich dużych rozmiarów, to my nie sprzedajemy”. Moja mina musiała być wówczas bardzo ciekawa… Zdawałam sobie sprawę, że do szczupłych nie należę, ale też bez przesady.Wyszłam prawie ze łzami w oczach.

Pewna sobota. Od 2007 roku minęły lata świetlne. No może nie tak wiele, ale w życiu zmieniło się wiele w tym i rozmiar ubrań, niestety. W każdym bądź razie, wyruszyłam na łowy halki. Ile ja sklepów obeszłam i nic. Aż tu nagle pewnego pięknego dnia idę sobie osłonecznioną ulicą, wściekła na moich mężczyzn sama nie wiem o co, ale wkurzona byłam strasznie, bo aż poszłam dłuższą droga do mięsnego ( Jak ja idę dłuższą drogą gdziekolwiek to znaczy, że albo mnie chandra dręczy, albo ktoś mnie porządnie wnerwił). I tak sobie szłam, aż w końcu zobaczyłam sklep dla puszystych, a w nim na wystawie halka. No kurcze eureka. Wchodzę, pytam o dostępne rozmiary, a tam mi chudziutka pani na to, że tak małych rozmiarów nie mają. U nich rozmiarówka zaczyna się od 50. Parsknęłam śmiechem powtarzając ” tak małych rozmiarów”, pani ekspedientka też się uśmiechnęła. No żyć nie umierać. Takie przejęzyczenie, a jak człowiekowi humor poprawi. No, ale co tam. Nowy dzień, nowe możliwości, halki trzeba było szukać dalej, a to nie taka prosta sprawa…

Weszłam wczoraj do pasmanterii  i bieliźniarni w jednym. Rozglądam się i zobaczyłam, że wisi ona! Nie halka, a bielizna korygująca. Ale nie taka z serii pantalony babuni, tylko całkiem, całkiem! Podchodzę do wieszaczka, sprawdzam rozmiar i… życie ze mnie uszło jak powietrze z balona… Rozmiar S ?!?! No kurcze, kto normalny produkuje taką bieliznę dla kobiet noszących rozmiar 36? One jeszcze mają co korygować? Ale postanowiłam zawalczyć. Wzięłam gacie, poszłam do pani i błagalnie zapytałam czy nie ma innych, większych. Pani stwierdziła, że ma, ale zupełnie inne, tylko że ich wygląd przyprawiał mnie o palpitacje serca. Niby ich nie widać, ale sama świadomość, że miałabym je zakładać, nie była przyjemna. No ja jestem wytrzymała, ale bez przesady. W końcu tak popatrzyła na mnie i stwierdziła:

– Ale wie pani… wczoraj mierzyła je inna pani i to znacznie od pani no ten… Znacznie… No i ten, ta pani mówiła, że są dobre tylko za płytkie.

Zgaduj, zgadula gdzie jest złota kula.. Albo zagrajmy w „dokończ zdanie”. Kolejny raz chce mi się śmiać, ale widzę, że pani jest co najmniej zmieszana nie chciała mnie urazić mówiąc, że pani była grubsza niż ja. Bo to by dla niej pewnie znaczyło, że stwierdza iż ja również jestem gruba, ale mniej. Nawet mi jej żal… Myślę sobie, a przymierze. Tak się babina zestresowała, chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała jak, to może przynajmniej dam jej zarobić. Poszłam, przymierzyłam i ze zdziwieniem wróciłam do kasy mówiąc, że kupuję. Uradowana pani z tej ekscytacji prawie wrzasnęła:

– No mówiłam, że powinny być, bo tamta pani była bardziej… I znowu nastąpiła konsternacja:-p.

-Tęższa.

– No tak…

          Może to zasługa większej świadomości, może zmiany podejścia do ludzi, ale ja widzę ogromną różnicę w traktowaniu klienta, która zmieniła się na przełomie lat. Przyznam szczerze, że teraz czuję się lepiej robiąc zakupy, niż wtedy gdy miałam kilka rozmiarów mniej i teoretycznie byłam piękna i młoda. Albo trafiałam wtedy kiepsko, albo ludzie byli wredniejsi… W każdym bądź razie, miło jest robić zakupy jeśli ktoś nie patrzy na ciebie z pogardą niezależnie od tego, czy ma się rozmiar 36 czy 56. Choć są tez minusy, bo ludzie boją się nazywać rzeczy po imieniu. Tusza jest tuszą i nią pozostanie, niezależnie czy będziemy ją umieli nazwać, czy też będziemy stosować dziwne zamienniki. A wydaje mi się, że chyba bardziej komfortowo byłoby się nauczyć nazywać rzeczy po imieniu, w normalnym nieuszczypliwym tonie. Bo to może oszczędzić stresu klientowi i samej ekspedientce.

Polecam