Zgubiłam dziecko.

Zgubiłam dziecko.

14 maja 2015 13 przez Anna

    Od maja większość treningów syna, odbywa się na stadionie szkolnym. Dzieciaki się hartują, my niestety również. Zdecydowanie mało przyjemnie siedzi się na trybunach, gdy pada deszcz, albo gdy wieje zimny wiatr. Mimo wszystko jakimś cudem młody jeszcze nie skonał na zapalenie płuc, a i ja  mam się dobrze. Po jednym z takich spotkań, dzieciaki jak zwykle rozbiegły się do swoich rodziców. Rozmawiając z jedną z mamą, kątem oka widziałam jak Kacper idzie w moim kierunku, sięgnęłam więc po jego bluzę i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie ma go obok mnie, ani nawet nie ma go koło chłopców, z którymi przed chwilą rozmawiał. Obie zaczęłyśmy się gorączkowo rozglądać, ale nie było go nigdzie.

portrait-317041_1280

    Poszedł do toalety? Poszedł do samochodu? To były właściwie dwie rzeczy, które przychodziły mi do głowy. Zachowałam spokój, nie będę przecież urządzać paniki, ale niepokój wzrastał, tym bardziej, że kilka godzin wcześniej na terenie szkoły potrącone zostało dziecko. Poza tym, mój syn przecież nie oddala się bez pozwolenia, nawet do wc bo do przejścia ma małą uliczkę, więc zawsze melduje, że gdzieś idzie. Czyżby coś się zmieniło? Samochód! Tylko on stał w miejscu, w którym nie było konieczności przechodzenia przez ulicę. W tej samej chwili, w tylnej szybie samochodowej, zobaczyłam czubek przemieszczającej się głowy, która ewidentnie mnie obserwowała. Schował się! Przyszło mi to przez myśl na samym początku, ale naiwnie wierzyłam, że takie zabawy będą się odbywały jedynie pod blokiem, gdzie wiem w co się bawimy i że w ogóle się bawimy. Zebrałam manatki i wściekła poszłam do dowcipnisia, który był z siebie niezwykle zadowolony. Nie poszedł przecież tam gdzie mu nie wolno, nie wyszedł na ulicę, ale i tak zrobił coś, o co go nigdy nie podejrzewałam. Tym bardziej, że nie raz i nie dwa, tłumaczyłam jak takie samotne ucieczki mogą się skończyć.

– Mogli mnie nawet porwać. – Stwierdził obrażony, że się na niego zdenerwowałam. A może nawet żałował, że tego nie zrobili? Wszak nie musiałby słuchać tego, że się o niego martwiłam i że było mi szalenie przykro, że tak się zachował. Jeszcze tak sobie myślę, że nie zdążyłam się porządnie wystraszyć, to była raptem minuta poszukiwań, ale gdybym nie znalazła go obok samochodu, to właściwie spokojnie w 5 minut osiwiałabym ze zmartwienia.

       Jeszcze kiedyś myślałam, że żeby zgubić dziecko potrzeba więcej niż 15 sekund, o których wszędzie trąbią. Takie to przecież nierealne, że człowiek odwraca wzrok tylko na chwilkę i nagle dzieje się coś, czego zupełnie się nie spodziewał. Coś co zdarza się jedynie w filmach, coś o czym mówi się jedynie w audycjach radiowych. Bo przecież, żaden normalny rodzic nie zgubi dziecka w dwie sekundy, skoro przed chwilą to dziecko stało obok niego. A może ja nie jestem zupełnie normalna? W końcu dziecko się nie zgubiło, tylko umyślnie się schowało, licząc na dobrą zabawę.