Chyba każde z rodziców chciało, by być autorytetem dla swojej pociechy. Jednak nie zawsze jest to możliwe i to nie przez to, że dziecko jest uparte, a przez nasze drobne błędy wychowawcze. Wkradają się one znienacka i sieją zamęt w małej głowie.

Gdy syn broi, a tata wkracza do akcji i próbuje dziecia ustawić do pionu, mama nie wchodzi mu w paradę. Co więcej mama przy dziecku popiera tatę. Chodzi mi o normalne sytuacje (nie jakieś patologiczne typu katowanie dzieci i znęcanie się psychiczne). Choćby w duchu miała inne zdanie, to przy dziecku tego nie powie uparcie przyznając rację tacie. Dopiero, gdy maluch usypia komentuje, czasem uda się jej przekonać drugą połowę do swojej racji, a czasem zupełnie nie. Jednak przy dziecku tworzą wspólny front. Tak samo jest gdy mama działa, a tata stoi z boku.  Gdy musi się wypowiedzieć popiera mamę, dając w tym momencie dziecku do zrozumienia, że to co powie jeden rodzic będzie również zdaniem drugiego.

( źródło)
Oboje z narzeczonym mamy różne poglądy, jesteśmy trochę jak ogień i woda. Ja mam swoje przekonania w kwestii wychowania dziecka i na inne tematy, tatuś z kolei ma zupełnie inne. Wszystko to kwestia środowiska w jakim oboje się wychowywaliśmy. Oczywiście diametralnie różnego, ja wychowałam się na wsi, zostały mi wszczepione inne cele. Moja druga połówka wychowała się w mieście na blokowisku i dążyła do zupełnie czegoś innego. Aż dziw, że się jeszcze nie pozabijaliśmy:) przez te nasze różnice. W jednym tylko jesteśmy zgodni. Dziecku nie można pokazać, że któreś z rodziców nie zgadza się z tym drugim bo przez to podważa się autorytet taty, lub mamy. U nas jest tak, że gdy jedno z nas jest na nie, młody szuka ratunku u drugiego, widząc że nic tym nie zdziała kapituluje, czasem trwa to chwilę innym razem w przeciągu 2 minut jest już spokój.

Co się stanie jeśli przy dziecku negujemy zdanie drugiego rodzica? Maluch utwierdza się w przekonaniu, że zawsze znajdzie ratunek u  jednego z rodziców i nie musi słuchać np taty, bo mama zawsze stanie w jego obronie. W efekcie, tatuś przestaje być autorytetem dla malucha i gdy próbuje cos wyegzekwować, dziecko go po prostu nie słucha. Dla tego uważam, że jedność w wychowaniu dziecka jest konieczna, dla jego własnego dobra i wygody obydwu partnerów.

           Komu jest trudniej? Z własnego doświadczenia wiem, że chyba raczej nam mamom jest szkoda malucha i chętniej ugięłyby się, aby nie patrzeć na łzy własnego dziecka. To my częściej myślimy sercem i z tej matczynej miłości, najchętniej zabroniłybyśmy partnerowi wtrącać się w wychowanie i system kar. Bo nagradzać oczywiście może, ale karać już nie koniecznie. Piszę to oczywiście z własnej perspektywy, bo nie raz mi sie serce kraje, gdy obserwuje z boku zmagania taty z synem. Jednak zdaję sobie sprawę, że małemu krzywda się nie dzieje, a ewentualne kary są następstwem szeregu niedziałających upomnień. Zupełnie inaczej podchodzę do sprawy, gdy to ja zmagam się z małym buntownikiem, wtedy serce całkowicie mi sie nie kraję wręcz wiem, że stanowczość jest konieczna. Wiem też, że sama nie byłabym zadowolona, gdyby tatuś powiedział dziecku ” mama ci nie pozwala, ale ja ci pozwolę…”.