Dawno nie byłam tak wściekła jak w ubiegły piątek. Choć nie… Ostatnio mam takie dni, że o byle co mogłabym urządzić awanturę i ostatkiem sił się hamuje. Może to przez jesień, a może faktycznie mam się o co wściekać? Niedawno, bo gdzieś w połowie września, narzekałam na facebooku, jak to w przedszkolu gorsze od dzieci są ich matki, bo nie potrafią się dogadać. Jedni rodzice chcą, aby ich dziecko coś z tego przedszkola wyniosło i miało łatwiejszy start w szkole, inni natomiast woleliby aby wyniosło mniej, a spędzało czas bardziej beztrosko, bo na naukę przyjdzie czas. Jeszcze inni uważali, że w przedszkolu powinna być jedynie zabawa, nic poza tym. Wszak ten okres w życiu dziecka, powinien być jak najbardziej beztroski.

Przedszkolny szał.

         Podziwiam nauczycieli, którym chce się uczyć dzieci. Starają się im wpajać wiedzę, zaszczepić chęci do pracy nad sobą. Jeszcze bardziej podziwiam tych, którzy tą wiedzę wpajają w miły i przyjemny sposób, bo w przedszkolu zapewne to nie jest łatwe i nie raz można spotkać człowieka inteligentnego aczkolwiek nie potrafiącego zapanować nad dzieciarnią i własnymi emocjami. No cóż, w każdym miejscu można znaleźć czarne owce, albo takie poszarzałe, które nie są zupełnie czarne, ale nie są też białe, po prostu ludzi z krwi i kości.

          Obecnie w edukacji przedszkolnej nie trzeba nic. Tzn można, ale właściwie po co? Dziecko liter i cyfr powinno się uczyć w szkole i wtedy będą one od nich wymagane. To o dziwo jest na rękę często mocno wyedukowanym rodzicom. No bo, przecież jego dziecko ma jeszcze czas, żeby wpoić wymaganą wiedzę. U nas miało być inaczej. Widziałam potencjał w tym, że paniom się chce. Może trochę za szybko wystartowały, za duże tempo narzuciły, ale po interwencji lub bez niej ( nie wiem), przystopowały dość znacznie i zaczęły zadawać zadania jedynie na weekendy. Tak było na rękę wielu rodzicom, z którymi miałam jakikolwiek kontakt. Mnie właściwie też się to podobało, choć ten początkowy natłok obowiązków dziecka zupełnie mi nie przeszkadzał. Bo gdy nauczył się pracować – tak z dzieckiem trzeba czasem posiedzieć, przetrwać  jego wściekłość, czasem przytulić, a innym razem wrzasną i absolutnie nie wyręczać, a dzięki temu przyzwyczai się do obowiązków- to okazało się, że ma czas i na zadanie domowe i na zabawę, a nawet na jego ukochane treningi piłki nożnej. Eureka, dziecko w wieku 5 lat poczuło co to jest obowiązkowość. Samo chciało wykonywać zadania jak najszybciej i najdokładniej, żeby potem mieć czas na zabawę. Potrzebna mu była tylko nieznaczna pomoc, jaką było przeczytanie treści zadania i resztę robiło praktycznie samo. Da się? Da, ale czasem trzeba pozostać niewzruszonym na łzy i jęki. Można mnie okrzyknąć chodzącą sadystką, wyrodną, nieczułą babą, ale poza tym, że mnie rozhisteryzowany pięciolatek wkurzał niemożliwie, to nie było mi go żal zupełnie. A wszystko przez to, że każdy kiedyś zaczynał, ja również. Też mi się nie chciało i nie rozumiałam czemu służ ta katorżnicza walka o każdy centymetr szlaczków, ale siedziałam i uzupełniałam zeszyt. Krzywda mi się z tego powodu nie stała, żyje do dzisiaj, uszczerbku na zdrowiu psychicznym raczej nie mam.  Nie rozumiem tego larum i ogólnego strachu o to, że dziecko będzie przyswajać wiedzę. O to, że się nauczy, że czasem trzeba nad czymś dłużej popracować, aby widoczne były efekty.

           Jestem szalenie wdzięczna mojej mamie, że gdy uczęszczałam do zerówki, po dwóch miesiącach przepisała mnie z tej przedszkolnej do szkolnej. Ja w tym momencie, żałuję że nie zaryzykowałam z Kacprem. Przenosząc się do ” PRAWDZIWEJ SZKOŁY”, do tego w mieście, przeżyłam niemały szok, który skończył się dokładnie po wejściu do sali i innych dzieci. Dlaczego o tym wspominam? Bo w zerówce szkolna diametralnie różni się od tego co jest w przedszkolach. Nigdy nie zapomnę jak po zaledwie 2 miesiącach w innej placówce musiałam nadrabiać zaległości. Tak już w zerówce miałam spore zaległości materiałowe, spowodowane wyłącznie zabawą w przedszkolu. Tak przeżyłam to na własnej skórze i wiem jakie to ważne, aby dziecko czuło się dobrze wśród rówieśników. Podczas gdy moi nowi koledzy mogli się bawić, ja uzupełniałam zeszyt, robiłam ćwiczenia. Na zabawę miałam o wiele mniej czasu niż oni, bo miałam ogromne ZALEGŁOŚCI. Mimo iż znałam wszystkie litery, dobrze radziłam sobie z liczeniem i tak miałam braki. Dlatego wyobrażam sobie jakie braki będą miały maluchy przedszkolne nastawione jedynie na zabawę i nic więcej, po roku takiej “edukacji”. Ich szok poznawczy i niechęć do nauki może być o wiele większa i to nie będzie już wina kiepskich ustaw, a samych rodziców, którzy i tak będą szli w zaparte, że ich dziecko ma problemy bo za wcześnie poszło do szkoły.

            Wymieniłam plusy tego, że maluch się czegoś uczy już w przedszkolu, to powinnam wspomnieć o minusach, albo raczej o minusie. Niestety, albo i stety bo niektórzy nie widzą w tym problemu, z dzieckiem trzeba usiąść i mu pomóc. Podejrzewam, że to największy problem rodziców, którym tak bardzo nie podobały się zadania domowe. Bo przecież skoro ich pociecha nie chce robić zadań, to trzeba nad nim ślęczeć pół godziny, godzinę albo i nawet dwie. A tak fajnie w tym czasie popatrzeć na telewizor, albo poserfować w internecie, lub porozmawiać przez telefon ze znajomymi. To może by tak zrobić te szlaczki za dziecko? Będą staranne i szybciej zakończy się ta bezsensowna walka? A może tak pójść o krok dalej i poskarżyć się dyrekcji?

A potem zaczyna się podstawówka.

        I okazuje się, że lekcje nie są wystarczające, że dziecko nie umie pracować i tej pracy uczy się dopiero w szkole tracąc rok na wypracowanie systematyczności, cierpliwości i zaangażowania. Jest też większy szok dla samego dziecka, bo jak to tak? Przedtem było tak lajtowo, bezstresowo, same zabawki i autka, a teraz nagle nauka? Ale jak tu usiąść na 45 minut, skoro wcześniej nie trzeba było tego robić? I tak mija pierwsza, druga i trzecia klasa, a w czwartej dochodzą inne przedmioty i jest gorzej.  Nagle okazuje się, że dziecko ledwie nauczyło się pracować i miało lekkie zaległości materiałowe, a już tworzą się kolejne, bo w końcu przedmiotów więcej. I budzi się taki jeden rodzic z drugim, że dziecko nie nadąża notować, że liczyć jeszcze nie do końca umie. A tu materiał taki trudny i nauczyciele tacy źli, bo wymagają tego co mają w programie i nie chcą zrozumieć, że dziecko jeszcze nie potrafi na tyłku usiedzieć. A to na pewno przez reformy, te złe i niedobre reformy, nie są przygotowane tak jak powinny być i wszyscy cierpią.

           Widziałam ostatnio na fb wypowiedzi kilku mam o tym, że w czwartych klasach dzieciom potrzebni są korepetytorzy i znowu zastanawiam się o co chodzi. Nie mam jeszcze dziecka w tym wieku, ale  doskonale pamiętam, że nie ma wtedy ani chemii, ani fizyki, ani niczego innego co byłoby tak strasznie rozbudowane. Kłopoty z przedmiotami na tym etapie zawsze kojarzyły mi się z brakami wiedzy u dzieci, którą powinny nabyć w klasach 1-3, ale jakimś cudem coś nie wypaliło. Są mniej dojrzała? Może i tak, ale z drugiej strony nie byłabym tego taka pewna. Zazwyczaj takie dzieci braki nadrabiają bardzo szybko i na tym etapie powinna wystarczyć pomoc rodzica, wszak raczej tą podstawówkę skończył? Ale jeśli nawet nie jest w stanie samodzielnie pomóc dziecku, to kiedyś korepetycje też były w modzie. Tak, za moich czasów chłopcy z klasy chodzili na dodatkowe lekcje z matematyki, do mnie natomiast przyjeżdżała pani, która uczyła mnie angielskiego, bo rodzice w tym konkretnym przedmiocie nie potrafili mi pomóc, więc ratowali się miłą panią. Czy to coś nadzwyczajnego? Dla mnie to norma, tak było kiedyś, tak jest i teraz, tylko ja nie wiem, obecni rodzice z choinki się urwali czy jak? Jasne, że idealnie byłoby, gdyby coś faktycznie w szkolnictwie poszło do przodu, ale na tą chwilę dzieci uwsteczniane są głównie przez własnych rodziców.

Nierzeczywiści, zatraceni w codziennym pędzie.

            Nie jestem ideałem, właściwie bliżej mi do do jego przeciwieństwa, ale zastanawiam się na czym polega to całe chuchanie i dmuchanie na dzieci. Nie raz łapię się na tym, że może ja za mało kocham to swoje dziecko i dlatego nie potrafię zrozumieć innych. Mam niepisaną zasadę nie reagować jeśli dziecko nie sygnalizuje mi, że mu się dzieje krzywda. Ale krzywda nie taka, że musiał siedzieć przy stoliku, gdy chciał się pobawić, a w tym momencie był czas na zjedzenie obiadu czy prace plastyczne. Zaczęłabym reagować gdy działa mu się krzywda, gdyby ktoś się na nim wyżywał, szarpał, bił, bo tego sobie nie życzę. W przedszkolu spędzam przelotem po 10 minut rano i po południu. Tyle czasem wystarczy, aby coś usłyszeć, aby zorientować się że zmierzamy do nie wiadomo czego.

          Idę do pracy, po drodze dołącza do mnie mama koleżanki Kacpra, przychodziła czasem ze swoją córką na osiedlowy plac zabaw. Mimochodem zaczynamy rozmowę. Najpierw ostrożnie, o pogodzie, potem przechodzimy na bliski nam temat edukacji i jakimś cudem dochodzimy do jednego, zupełnie podobnego wniosku. Z rodzicami obecnie jest coś nie tak. Matka tej dziewczynki uczy w gimnazjum i z przerażeniem patrzy na niektórych rodziców kolegów córki. Na pozór zgrani, ale dopiero w tym roku okazało się jacy rożni. Ci co w pierwszej klasie płakali, że tempo za szybkie, że zwolnić trzeba, w tym mają pretensję do nauczycieli, że jest gorzej, że ich dzieci rady nie dają, a jaka jest prawda? Podstawa programowa obecnie jest o wiele łatwiejsza niż wówczas, gdy sami rodzice uczęszczali do szkoły. I otwarcie mówi o tym osoba kompetentna, nie ja, ta nauczycielka.

          Dziecko, które nie potrafi opanować dodawania i alfabetu, zadziwiająco dobrze radzi sobie z wszelkimi elektronicznymi  mechanizmami. To szalenie dziwne, bo przecież obsługa komputera, tabletu, smartphon’a jest dużo bardziej skomplikowana, a przynajmniej taka powinna być. Maluchy dużo częściej uciekają w świat gier, a to staje się na rękę rodzicom, którzy z upojeniem wchodzą w rodzicielstwo relaksu. Poświęcenie czasu swojemu dziecku zaczyna im się jawić jako ogromna katorga. Aby uśpić wyrzuty sumienia, które gdzieś z tyłu głowy się pojawiają, szukają winnego. Wymyślają sobie, że ich dzieci nie są gotowe, że nie dają rady, że to jeszcze nie czas i że tak na prawdę to dziecko to mogłoby odpuścić sobie. Oszukują, że przyjdzie czas w którym ich pociecha sama od siebie usiądzie i zacznie się uczyć, tylko często nie przychodzi im do głowy, że do danych zachowań trzeba mieć jakieś bodźce, fundament na którym można rozpocząć pracę nad poszerzaniem wiedzy. A jak tą wiedze poszerzyć i skąd wziąć ten fundament, skoro opiekunom najczyściej nie chce się poświęcić 15 minut czasu dziennie własnemu dziecku?

         Tak 15 minut wystarczy. Czasem jak się uda to będzie to 30 minut, innym razem godzina. Ale już 15 minutowa praca z dzieckiem sprawia, że maluch wpada w rytm. Po tygodniu, czy po dwóch sam przychodzi i pyta czy będziemy robić szlaczki, a może czytać. Tak niewiele wystarczy, aby odkryć, że dziecko może mieć frajdę z czegoś pozornie trudnego i nieprzyjemnego, ale to wszystko wtedy jeśli widzi nasze zaangażowanie. Tak naprawdę w większości ( nie wszystkich) przypadków, problem tkwi w nas rodzicach i naszym zabieganiu, w naszym braku czasu dla rodziny.

 

       To przykre gdy rodzice maja aspiracje do tego, aby ich dziecko zostało sportowcem, baletnicą, karateką, płacą za treningi i dopingują do doskonalenia umiejętności. Jednak tym samym rodzicom brak samozaparcia, aby usiąść z dzieckiem, które uzupełnia ćwiczenia i dopingować je, jak wtedy gdy patrzą na wyczyny swoich pociech na parkiecie czy w salach gimnastycznych. Czasem na prawdę niewiele potrzeba.