Jeden dzień z życia słomianej wdowy.

Jeden dzień z życia słomianej wdowy.

22 września 2014 Wyłącz przez Anna

     Co robi kobieta, która zostaje sama w domu na całe 2 dni? Dzwoni do koleżanki i ogłasza jej dobrą nowinę, a po dwóch godzinach od najważniejszego telefonu w jej życiu, zasiada z nią przed ekranem telewizora z kieliszkiem wina w ręce i miską popcornu, którą stawia na stoliku do kawy. I wtedy się zaczyna, rozmowy, śmiechy, ochy i achy bo ten Colin Firth, jest taki przystojny, choć w sumie Gerard Butler z „Ps. Kocham Cię” miał tak wspaniale niebieskie oczy… Tak zdecydowanie te oczy, mają coś w sobie, choć sam Colin nie ustępuje Gerardowi na krok mimo mniejszej wyrazistości. I tak plotkują, a potem zasypiają.

    Rzeczywistość ma się zgoła inaczej, jeśli słomianą wdową zostaje matka. Nie dzwoni po koleżankę, bo marzy jedynie o tym, żeby nikt jej nie nękał po 21:00. Żadnych smsów, żadnych pytań, nic. Zaczyna planować co zrobi jutro, bo skoro pan domu będzie nieobecny, to właściwie tak jakby miała zupełnie wolną chatę. Dziecko? Dziecko na szczęście idzie spać o 19:30, więc  reszta wieczoru jest tylko jej. A o tak młodej godzinie, kobieta może wiele, tym bardziej, że ma przed sobą 2 wolne dni. W głowie układa jej się plan rzeczy do zrobienia, takich tylko dla siebie i tych dla wszystkich, na kolejne 48 godzin. Siada z kartką i długopisem w ręce i tworzy. Planuje, że napisze fajny wpis o tym jak to się relaksowała, jakie maseczki sobie nałożyła i jaki rewelacyjny jest ten najnowszy balsam do ciała. Ops, stał w szafce pół roku, to nie taki nowy… Planuje, że z samego rana zrobi pranie, ugotuje leczo na  kilka dni w tygodniu roboczym ( jak dziecko idzie na piłkę, to potem robi wszystko z językiem na brodzie, a obiad zjada po 19). Zapisuje, że musi zmienić pościel, umyć łazienkę, posprzątać ciuchy w szafce dziecka. Tak w końcu zajmie się swoimi rzeczami, wyrzucając te, w których nie chodzi od pół roku. Do tego posprząta całe mieszkanie i umyje to wredne lustro na suficie, które czyści się parszywie ciężko. Może jeszcze zrobi przegląd obuwia? Na jej listę trafia spacer z dzieckiem i poszukiwanie jesieni, wpada pomysł na post, którym głównym autorem byłby syn. Zapisuje tez, że trzeba poczytać z pierworodnym, nauczyć go głosowania i zrobić stronę szlaczków. Coś pominęła? A no tak. Przydałaby się depilacja, regulacja brwi, peeling ciała, manicure. Odkłada długopis, spogląda na listę i z przerażeniem zastanawia się czy 2 dni będą wystarczające na realizację wszystkich podpunktów.

No jasne! Jest przecież kobietą, a kobiety mogą wszystko.

     Nastała sobota, matka wystartowała jak burza, doszła nawet do etapu pt. „SZAFA DZIECKA”. Nie odrzucała żadnych ciuchów, bo ostatnio skończyło się na 60 litrowym worku za małych, a nie chciała sobie psuć humoru bzdetami, więc szybko ją zamknęła nie dokonując żadnej zmiany. Potem przyszła kolej na jej własne półki. Miała plan, miała świetny plan! Właściwie chodziła tylko w kilku rzeczach, a ciuchów miała tyle, że mogłaby spokojnie dwie rodziny obdzielić (ale gdyby ktoś pytał, to nie miała się w co ubrać). Za małe rzeczy miały lądować w koszu, ewentualnie te w dobrym stanie miały lądować na kupce ” Ktoś sobie weźmie”. Te za duże, rzecz jasna od razu miały trafić do kontenera. Szamotała się z tymi szmatami z pierwszej półki długo, może nawet zbyt długo, zastanawiając się przy każdej nienoszonej bluzce czy na pewno chciałaby ją wyrzucić, w końcu jest ładna, a to że w niej nie chodziła? No widocznie nie nadszedł jej czas.  Żal jej było też tych za małych rzeczy, bo przecież na pewno schudnie! No to może chociaż te za duże wyrzuci, po co komu za duże spodnie? Ale co jeśli przytyje? Może lepiej je zostawić, ten ogromny sweter też. Może się przydać. Przerażona swoją niekonsekwencją, wepchnęła wszystko z powrotem, szybko zatrzasnęła zielone drzwi szafy i oparła się o nie. Niee to nie był dobry pomysł.

      To może chociaż lustro? Postawiła na przedpokoju taboret, uzbroiła się w płyn do mycia szyb i ściereczkę. Odważnie stanęła na stołku, nie bacząc na to, że jej wrodzony lęk wysokości mocno trzęsie kolanami i nie daje jej się wyprostować. Sięgnęła ku górze i… dupa. Ledwie sięgnęła do lustra. Spróbowała się wspiąć na palcach i już witała się z gąską, już widziała babcię w chatce i słodycze, albo przynajmniej w zasięgu jej marzeń było czyste lustro, gdy jej prywatne dziecko postanowiło przebiec zaraz obok niej, lekko zawadzając o taboret. Biedna matka cudem uniknęła wybicia zębów, a jej serce osiągnęło marginalny poziom wskazujący na stan przedzawałowy. Wściekła do granic możliwości i pewna, że gdyby wzrok mógł zabijać, to jej potomek leżałby wówczas trupem na salonowym dywanie, a ona głowiłaby się jak ma ukryć małe zwłoki, zagryzła zęby i postanowiła nie uciekać się do rękoczynów w postaci machania rękami i efektów dźwiękowych w postaci ” NIE BIEGA SIĘ PO MIESZKANIU!”. Nadal wściekła, zrezygnowała z umycia lustra mamrocząc, że przecież pan mąż jest wyższy, to co to dla niego. Więc lustro czeka.

     Może chociaż przegląd obuwia? Nie, szkoda jej tych czerwonych balerinek, choć w nich nie chodzi, ale może kiedyś? Tamtych czarnych też jej żal. Postanowiła zostawić porządki i zająć się tym, co wychodziło jej najlepiej. Zajęła się katorżniczym wkładaniem wiedzy w mózg syna, czyt. nadzorowała pisanie szlaczków. A droga to kręta, wyboista i trudna, ale dała radę. Z niemałą pomocą internetowych czytelników, rozpoczęła również naukę głosowania, choć ta wydała jej się idiotyczna i niepotrzebna. Klnąc na obecną edukację przedszkolną stwierdziła, że z tym głoskowaniem jest jak z chemią. Zupełnie to niepotrzebne, lepiej uczyć się czytać w normalny, tradycyjny sposób, widząc litery, a nie klaskając do sufitu. Ale przebrnęła i przez to, kłamiąc dziecku w twarz, że to potrzebne, że bez tego pracy nie znajdzie, a skoro pracy nie będzie to i na przyjemności funduszy zabraknie. Nie miała serca uświadamiać go, że z edukacją czy bez i tak pracy będzie niewiele. Na takie wieści jeszcze ma czas, niech przynajmniej tego czytania się nauczy… Potem miała niemały problem, bo dziecku obiecała rowery, a tu padać zaczęło, ale zabawa klockami dała radę. O 19:40 usłyszała zbawienny miarowy oddech zwiastujący sen syna i wtedy to  świat należał do niej. Mogła wszystko, mogła skorzystać z domowego spa, zrobić manicure, pedicure, masaż wszystkiego co się da i mogła sobie nałożyć maseczkę na twarz, co by ładniej wyglądać gdy mąż przyjedzie styrany i pewnie ślepy na jej naturalne piękno. Więc poszła. Wzięła szybki, ciepły prysznic, na włosy jak zwykle nałożyła maskę i wyszła, dziękując Bogu za to, że wynalazł dżinsy i za to, że nie było teraz upałów, bo mogła sobie pozwolić na brak depilacji. A potem grzecznie zasiadła przed komputerem i randkowała, ale nie z byle kim! Z własnym mężem! Przy okazji pocieszała sama siebie, że jutro będzie lepiej, że jutro pojedzie na te głupie rowery i że będzie pogoda, że dziecko będzie zadowolone i odhaczy chociaż post w wykonaniu syna, a rano? A rano przywitał ją deszcz i świadomość, że jej plany są kiepskie, dlatego nie ma zamiaru już nic nigdy planować. Po co, skoro i tak wszystko wychodzi inaczej? Poirytowana typowo jesienną pogodą, napisała sms o treści ” Pojadę”, co miało oznaczać, że resztę dnia spędzi w typowo rodzinnym towarzystwie. A SPA? Myśl o nim odeszła równie szybko jak się pojawiła.

Polecam