O zderzeniu podstawówki z przedszkolem.

O zderzeniu podstawówki z przedszkolem.

2 września 2015 7 przez Anna

    Byłam i jestem za 6 latkami w szkole, mojego zdania na razie nie zmieniam, bo nie mam powodu. Ale przyzwyczajona do pewnych zasad przedszkolnych, w szkole zderzyłam się z ich brakiem i poraziło mnie to zupełnie. W przedszkolu gdy odprowadza się dzieci do sali, rodzice żegnają się z nimi szybko i  wychodzą, żeby innym dzieciom będącym w sali nie było żal, że ich rodziców już nie ma. Wydawało mi się to dziwne, ale po jakimś czasie zauważyłam, że to faktycznie ma sen, każde dziecko jest traktowane równo, nie ma wyjątków.

colored-pencils-168393_1280

      Pierwszy dzień szkoły, a właściwie drugi, ale ja wyrodna matka nie byłam z dzieckiem na rozpoczęciu za to wartę przejął mąż. Notabene świetnie sobie obydwaj poradzili i to mnie cieszy najbardziej, bo nigdy nie zapomnę różnicy między wywiadówkami z których przychodziła mama, a tych z których wracał tata. U taty było zawsze dobrze i nic ciekawego się nie działo, a potem na drugi dzień w szkole dowiadywałam się wszystkiego. Za to tu profesjonalnie, wszystko było zanotowane i praktycznie większość rzeczy, o które sama chciałabym zapytać, zostało wyjaśnione. Stajemy przed brązowymi drzwiami i na delikatnym wdechu wchodzimy. On dziarsko, choć niezbyt entuzjastycznie, domyślam się, że się stresuje ale nie jakoś bardzo, a ja się zastanawiam, czy na pewno ma te kanapki, jakby od tego miało zależeć jego życie. Bo w ciągu tych kilku godzin umarłby z niedożywienia… Siadamy przed salą, czekamy chwilę i obserwujemy jak dochodzą kolejni rodzice, potem przychodzi pani i…

      Przypomniało mi się jak w czwartej klasie na historii, gdy tylko pani otwierała salę, praktycznie taranowaliśmy się w drzwiach, aby zająć ostatnie miejsca. Tu oczywiście było trochę inaczej, ale zdziwiło mnie, że rodzice mogą wchodzić do sali boo, ja szczerze mówiąc chciałam się szybko pożegnać i odbyć bieg w stronę pracy. Tyle że nagle zauważyłam, iż moje dziecko już nie stoi przy mnie, a wbiegło samo do sali. Weszłam na chwilę żeby mu powiedzieć, że wychodzę, choć właściwie tego nie potrzebował i jako pierwsza opuściłam jego salę, zastanawiając się co jest ze mną nie tak. Może i chciałabym z nim tam posiedzieć, żeby mu było raźniej albo, żeby nie czuć się jak wyrodna matka, ale czy to było konieczne? Tak czy inaczej poszłam w swoją stronę, myśląc czy ci rodzice pójdą z dziećmi na mszę rozpoczynającą rok szkolny (pierwszy raz widzę, aby taka msza miała miejsce dzień po rozpoczęciu roku), a jeśli tak, to jak będzie czuł się Kacper jako ten, którego żaden z rodziców nie poszedł.

     Było dobrze. Myślę, że nawet bardzo, bo szkoła  wydaje się młodemu bardziej atrakcyjna niż przedszkole, w którym nie ma dzwonków na przerwę. No i w przedszkolu nie dostawał śniadania w pojemniczku. Poza tym doczekałam się pierwszej kanapkowej pochwały ( mąż zawsze kręci nosem), bo syn mój najukochańszy stwierdził, że zrobiłam najlepsze kanapki szkolne jakie kiedykolwiek jadł!

Polecam