Pobić rekord.

Pobić rekord.

17 lutego 2015 7 przez Anna

     Poniedziałek, wstajemy do przedszkola. Jest godzina 6:30, to idealna pora na to, aby młody się obudził i zrobił ze sobą coś pożytecznego. To znaczy, aby ubrał się, zjadł śniadanie, umył się i w między czasie obejrzał bajkę. Jednak nie ma lekko, Kacper nie chce wstać, przewraca się na drugi bok stękając, że jeszcze chwila, że jestem niedobrą mamusią, że mnie nie lubi i że on nie będzie nigdzie szedł. Wychodzę, zapominam o nim na kilka minut, które okazują się tworzyć magiczną godzinę 6:50. Teraz to już ostateczność, musi wstać bo inaczej nie zdążę do pracy… Nie bez oporu wykonuje rzeczy, które należą do jego obowiązków. Czasem nawet urządza konkurs pt. ” Jak długo sąsiedzi wytrzymają mój wrzask”. Sąsiedzi są cierpliwi jak na tą chwilę, ja mniej… Obiecuje mu, że w weekend pośpi dłużej. W końcu nigdzie nam się nie spieszy, a przynajmniej nie o 7 rano, bo nie łudzę się że dośpi do 8.

– Mamo wyspałem się.

– No właśnie widzę.

– Zobacz jak długo wytrzymałem- mówi, dumny z siebie.

Sobota, pobudka o 6:30, to jeszcze byłam w stanie przeżyć, choć zazwyczaj o tej porze w zwyczajne dni jestem tą złą matka terrorystką. Sobota to taki dzień, niby wolny, ale jednak człowiek stara się nadrobić cały pracujący tydzień, nastawiając milion prań, ścierając kurze, zaglądając w miejsca o których  istnieniu nie miał pojęcia. Za to niedziela, mnie matce, jawi się jako dzień lenistwa i wylegiwania do godziny 8. Tak, to szalona godzina, każda minuta więcej to byłoby marnotrawstwo dnia wolnego. W ubiegłą niedzielę padł rekord. Gdy Kacper przyszedł do nas, była godzina 5:45, a słyszałam że w pokoju wcześniej bawił się samochodami czyli obudził się o wiele wcześniej niż zazwyczaj. Jak to się ma do wstawania w ciągu tygodnia? Jak może pospać to tego nie robi, a jak trzeba rano wstać to ma wielki problem.

Zrozumieć dziecko… no nie da się.

Polecam