Ta końcówka przedszkola wcale nie rysowała się optymistycznie. Szczególnie wtedy, gdy pewnego pięknego dnia, stanęłam przed tablicą ogłoszeniową, a na niej widniała kartka informująca, że przedszkole na wakacjach dyżuruje w sierpniu. No bez przesady… Przecież wiadomo nie od dziś, że sierpień jest nasz, a lipiec miał być tym przedszkolnym! Ta tragiczna wiadomość skłoniła mnie do wykonania telefonu do męża. Teraz sobie myślę, że dzwonię do niego tylko jak coś mnie wkurzy, albo gdy zapomnę czegoś kupić. Taka ze mnie nieczuła zołza. Wtedy zadzwoniłam, bo to straszna nowina była, a musiałam się nią z nim podzielić. Myślałam, że może jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sprawi, że dnia następnego sierpień zmieni się w lipiec, ale nic z tych rzeczy się nie stało.  Teraz, gdy przywykłam już do tej myśli, zaczęłam się cieszyć z nowego etapu, który nadejdzie po wakacjach. Bo w końcu czekają nas nowe wyzwania, choć w sumie to nie na mnie one czekają, ale to nowe co ma nadejść, to zupełnie inna liga macierzyństwa. Z matki niemowlaka, a potem przedszkolaka, przeistoczę się w matkę ucznia! I to na całe 6 lat.

        Poza tym, że mój nikczemny plan legł w gruzach i z wysłania Kacpra na wakacjach do przedszkola nic nie wyjdzie, to cieszę się z nadchodzącej wielkiej niewiadomej. Będę chyba jedną z nielicznych, ale ja na serio nie widzę w tym nic złego, że sześciolatki pójdą do pierwszej klasy i nie będą traciły roku na powtarzanie tego samego materiału po raz dziesiąty. Czemu ja się nie przejmuję? Sama nie wiem…  Choć jest jedna taka rzecz. Jedyne czego się boję to tego, że pierwsze 2 tygodnie będą przepłakane. Bo tego, że nie da sobie rady z materiałem, właściwie zupełnie nie biorę pod uwagę. Niby czemu miałby nie dać sobie rady? A co do psychicznej gotowości, człowiek przez całe życie, psychicznie nie jest gotowy na zmiany, a jednak jakoś przezwycięża przeciwności losu i dostosowuje się do nowej sytuacji. Ja w jego wieku poszłam do prawdziwej szkoły, co prawda do oddziału 0, ale jednak miałam namacalny przedsmak tego, co mnie czeka za rok i rozczarowałam się ogromnie, że pierwsza klasa była nudna, bo w zerówce opanowałam cały materiał. Gdy minie jego pierwszy szok, który według mnie nie jest wcale oznaką braku gotowości, ale jest jedynie naturalnym lękiem przed nieznanym, to wiem, że będzie się starał i da radę, bo kto jak nie On?

           Nie przeraża mnie czytanie, ani liczenie. Nie przerażają mnie lekcje wychowania fizycznego i to, że Kacper jest jeszcze taki malutki. Ta ostatnia kwestia, jest akurat mocno absurdalna, bo jest najwyższy w swojej grupie mimo, że są w niej dzieci starsze od niego o rok. Boję się jedynie dwóch pierwszych tygodni w nowym miejscu i tego, że biadolący rodzice przysłonią mi powody do radości, a ukierunkują mnie tylko na to, co jest negatywne. Bo nagle okazuje się, że takie dziwne dla innych jest to, że w naszym słowniku rodzicielskich gdybań, nie pojawiło się ani razu tak dziwne słowo jak to magiczne ODROCZENIE. Na punkcie, którego ostatnio jest taki szał. Choć może bardziej bulwersująca jest myśl, że ja jako matka, akceptuję obecny system edukacyjny i nie chce mi się brać udziału w tym podwórkowym narzekaniu na to, że biedne dzieci muszą za szybko dorosnąć. Za 10 lat, po obecnych rozterkach młodych rodziców, pozostanie jedynie nikłe wspomnienie, jak wtedy gdy do edukacji wchodziły gimnazja.

            Dwa lata temu napisałam ten wpis ( Mój 6 latek w szkole nie da rady) i chyba zatrzymałam się w rozwoju, albo coś ze mną nie tak, bo nadal myślę podobnie. Nawet wtedy gdy patrzę na swoje dziecko wiem, że On da radę i większość jego rówieśników również. Choć nie mam pewności, że rodzice będą potrafili to znieść.