nauka w domu, e-edukacja , blog parentingowy, avka.pl
Przechodząc na L4, nie myślałam nawet, że po miesiącu przyjdzie mi się zmierzyć z nauczaniem domowym. Co prawda to nie ja teoretycznie muszę uczyć mojego syna, ale praktyka jest inna, bo nie do każdego trafia słowo pisane, niektórzy uczą się ze słuchu, a to z kolei nie do końca jest możliwe w obecnej sytuacji.

Jak wygląda edukacja domowa w naszym przypadku?

 


W dzienniku elektronicznym pojawiają się każdego dnia nowe lekcje. W zależności od przedmiotu są one w formie pisemnej lub w postaci filmów z YT. Nauczyciele nie nagrywają swoich materiałów, ale posiłkują się siecią, jednak z tego, co widzę, starają się dobierać jak najlepsze materiały. Syn otrzymuje normalne zadania domowe, karty pracy, notatki, które ma zapisać w zeszycie. Niby wszystko jest jak w szkole, jednak brakuje bezpośredniego kontaktu. Bardzo podoba mi się, gdy nauczyciele przesłane do nich prace komentują, proszą o zastanowienie się lub wyciągnięcie wniosków. Daje to jakąś namiastkę normalności szkolnej i osobiście ogromnie mi się to podoba.


Jednak jest masa rzeczy, które mnie drażnią. Ciężko jest wytłumaczyć coś, czego samemu się nie rozumie, a dany przykład z YT nie koniecznie trafia do wyobraźni dziecka. Tak jest w moim przypadku z językiem niemieckim. Nie czuję go zupełnie i nigdy nie lubiłam dlatego, gdy mam w czymś pomóc synowi to aż mi słabo. Inaczej jest z matematyką, do tego zawsze miałam cierpliwość i jedyne, co mnie hamuje to fakt, że młody nie podziela mojego zamiłowania do tego przedmiotu. Pomijając to, co lubimy, a czego nie, przejdę do meritum.


Edukację zaczynamy o godzinie 9:00, czyli godzinę później niż zazwyczaj.
Później przesyłam synowi lekcje z danego dnia i doglądam. Czasem uda mu się skończyć wszystko po 13 z małą przerwą na II śniadanie. Innym razem siedzi do 16:00- najgorsze są chyba poniedziałki i środy. Cały ten czas, syn spędza niejako przekłuty do biurka i komputera. Taka relacja prawie idealna dla nastolatka, z tą różnicą, że zamiast gry w Fornite, trzeba się uczyć.


Nie mamy obowiązku przesyłania skanów notatek, więc nie muszę się tym zajmować. Jedyne co teoretycznie do mnie należy, to przesyłanie kart pracy, wypracowań, zadań domowych, rysunków i innych rzeczy, o które proszą nauczyciele, a są na ocenę. Mógłby to robić młody, kończy w tym roku 11 lat, w praktyce wzięłam to na siebie, bo już widzę, jakby to wszystko wyglądało. Nie wyglądałoby wcale, bo oddawałby prace z opóźnieniem.



Czy jeszcze będzie normalnie?


Pierwsze 2 tygodnie syn przyjął z radością. Pewnie dlatego, że w pierwszym tygodniu młody nie robił zupełnie nic, bo nauczyciele dopiero wdrażali się w sytuację. Jak tylko wszystko ruszyło pełną parą, to nagle dziecku memu przestało odpowiadać. Bo co innego siedzieć w domu bez szkoły i robić co się chce, a co innego przenosić lekcje szkolne na domowy grunt, który zazwyczaj był neutralny i służył w 90% do zabawy a w 10% do nauki. Teraz wszystko się zmieniło.


Brak rówieśników też da się odczuć. Gdyby jeszcze można było wyjść na podwórko i pobawić się z kolegami, a tak koledzy siedzą pozamykani w domach, podobnie jak On i jedyny kontakt, jaki mają to ten przez Internet lub telefon. Kiedyś powiedziałabym, żeby wyłączył komputer i poszedł na plac zabaw, a teraz mimo pięknej pogody mogę mu zaproponować popatrzenie przez okno, wspólną grę, ale czy to jest atrakcyjne dla nastolatka?


Gdy premier po raz kolejny przedłużył edukację domową, nastolatek okazał się średnio zadowolony. Wręcz znudzony całą sytuacją. Jestem przekonana, że jeśli w tym roku uda się jeszcze zorganizować normalne lekcje w szkołach, to młody pójdzie do niej jak na skrzydłach.