Na początku roku szkolnego, wśród rodziców dzieci szkolnych, przeszedł tajfun niezadowolenia. W większości sklepików nie można było kupić drożdżówek, inni swoje sklepiki szkolne pozamykali. Reforma dotknęła również szkolne stołówki, co wywołało największą falę protestów. Bo nagle okazało się, że dzieciaki wcale nie mają ochoty spożywać serwowanych dań, które smakują inaczej niż dotychczas, a w szkole chętniej niż po kanapkę, sięgnęłyby po batona.

dania dla niemowląt

       Z wielką ulgą, chyba jako jedna z niewielu matek, przyjęłam wiadomość o likwidacji sklepiku szkolnego. Na wakacjach prawie drżałam, wyobrażając sobie niezadowolonego Kacpra, który wręcz wyrzuca mi, że jego koledzy co przerwę biegają do sklepiku, a On tylko raz na jakiś czas. Problem rozwiązał się sam, młody nie musi wydawać pieniędzy w szkole, bo nie ma gdzie tego robić. Ja wiem co je, bo wiem co mu daję, a On nie ma pokusy w postaci wszechobecnych chrupek czy słodyczy, które i tak je, ale pod nadzorem i w racjonalnych ilościach. Jednak kwestia zmiany sposobu przyrządzania jedzenia mocno mnie zdziwiła. Raz, że młody nie znosi miodu, a praktycznie wszystko co ma być słodkie jest nim dosładzane. A dwa, że większość rzeczy serwowanych w stołówce smakiem przypomina dania dla niemowląt, które zazwyczaj nie są doprawiane. Jak wiadomo niemowlaki wymagają specjalnej diety,  która będzie lekka i łatwa do przyswojenia dla ich delikatnych układów trawiennych. Potrawy przygotowywane dla maluszków bazują na naturalności i jak najmniejszej zawartości soli i przypraw, które mogą doprowadzić do bolesnych problemów gastrycznych u tak małych dzieci. O ile mała ilość soli i przypraw Kacpra nie przeraża, bo osobiście jako gospodyni przesoliłam potrawę zaledwie dwa razy w życiu ( o przypaleniu nie wspominam nawet bo nie zliczę ile razy mi się to udało) i staram się gotować zdrowo i lekko, o tyle to słodzenie wywołało u niego spore niezadowolenie. Bo jak niby ma zjeść makaron z twarogiem i… No właśnie, z miodem? Na samą myśl mnie mdli, choć miód uwielbiam. Nie wyobrażam sobie tego. Na domiar złego, podobno każdy kompot dosładzany jest w ten sposób. Nie dość, że ten straszny kompot ma kawałki owoców, których młody nie toleruje, to jeszcze ten miód.

     I gdyby nie ta stołówka, to mogę stwierdzić, że cała ta reforma żywieniowa zupełnie mi nie przeszkadza, a nawet jest mi na rękę. Ale o ile sklepiki szkolne i dzieciaki, które mogły w nich kupić dosłownie wszystko, to faktycznie był spory problem, o tyle niedosolone obiady stały się zmorą dużych dzieci, które w domach cieszą się z wyrazistych smaków, zupełnie odbiegających od ogólnie przyjętych norm żywieniowych, jakich należy przestrzegać podczas przygotowywania dań dla niemowląt. Coś co w zamierzeniu było całkiem fajne, przybrało trochę komiczny wydźwięk. Gdy zaczęłam się zastanawiać, co zrobiłabym na miejscu dzieciaków, którym wciska się takie niedoprawione jedzenie po tym jak lata kipskich przyzwyczajeń wyryłoby już w moich kubkach smakowych spore piętno, to szybko doszłam do wniosku, że zupełnie nie odnalazłabym się w ich realiach. Raz jeden w życiu spróbowałam dania dla niemowląt ze słoiczka i szybko zaczęłam się zastanawiać jak to jest, że człowiek  nawet nie wie kiedy uzależnia się od sporej ilości soli myśląc, że podaje rodzinie to co najlepsze. Dla niemowlęcia takie potrawy są idealne, nawet sama w ten sposób przyrządzałam jedzenie Kacprowi gdy był maleńki, ale dla osób które jadły w życiu nie jedno danie i są przyzwyczajone do wyrazistości smaków, mogą być ogromnie ciężkie do zaakceptowania. Mimo tego, że logika podpowiada, że tak właśnie powinna wyglądać zdrowa kuchnia. Od okresu niemowlęcego minęło kilka ładnych lat i kubki smakowe Kacpra przyzwyczaiły się do dorosłych standardów i pewnie większość jego rówieśników przeżyło podobny szok, gdy zostali pozbawieni ulubionej i szkodliwej soli.

*wpis sponsorowany.