Dzika świnia, a zakupy.

Dzika świnia, a zakupy.

23 kwietnia 2017 5 przez Anna

Pisałam ostatnio na fanpejdżu, o mojej wizycie w Rossmanie. Albo w sumie nie o niej, a ogólnie o uczuciach, jakie wywołała we mnie ta wizyta i zakupy. Zazwyczaj szerokim łukiem omijam wszelkie promocje, które mogłyby wprawić mnie w dziką wściekłość, ale tym razem świadomie zaryzykowałam. Skusił mnie brak kilku kosmetyków i możliwość zapłacenia za nie mniej niż zazwyczaj.

zakupy

Gdy budzi się w tobie dzika świnia.

Nie dzik, nie dziki zwierz, a najzwyczajniejsza dzika świnia. To takie połączenie pierwotnego instynktu przetrwania i z chamstwem. Takim najzwyczajniejszym chamstwem, które często spotyka się pod osiedlowym trzepakiem. Wchodząc do Rossmana, byłam przygotowana na kolejki, na to że będzie dużo ludzi, ale jakoś nie pomyślałam o tym, że można się przepychać, tylko po to żeby sięgnąć po głupi tusz do rzęs. Nie pomyślałam również o tym, że można pójść w kierunku zupełnej samoobsługi odsuwając szuflady, w których pochowane były kosmetyki.

Sami rozumiecie, szperanie po cudzych szufladach jest okropne. Chyba nikt z nas nie chciałby, aby goście wertowali mu zawartość szuflad czy szafek w domu, więc nie rozumiem, czym różnią się szuflady w drogerii? Taka sama szuflada, prawie, że prywatna zawartość należąca do sklepu, tyle tylko, że te szuflady nie są w domu prywatnym. Za to jest osoba, lub osoby, które za zawartość tej szuflady odpowiadają. Więc gdy praktycznie w jednej chwili, odsunęły się trzy szuflady z kosmetykami trzech różnych marek i gdy ruszył na nie wściekły tłum, jedna ekspedientka nie miała z nim szans. Zdesperowana i wkurzona próbowała przemówić do rozsądku oszalałym babom, którym w głowie pojawiła się pierwotna rządza łowiecka zamknęła jedną szufladę, lecz od razu otwierała się kolejna. Obserwowałam to z niemałym zdziwieniem i zażenowaniem, bo tak nie zachowują się eleganckie kobiety, matki, babcie, młode dziewczyny. Nie takie zachowanie było im wpajane przez lata i nie takie zachowania one wpajały dzieciom i wnukom.

Żeby tylko nie zabrakło- zakupy.

Kolejnym głupim zachowaniem, jakie zaobserwowałam, gdy krążyłam nieopodal regałów i chcąc sięgnąć po ulubiony podkład, był brak umiaru. Skoro coś było przecenione o 49% to znaczy, że trzeba kupić całą masę kosmetyków nawet, jeśli w efekcie końcowym wylądują one w koszu, bo np. upłyną termin ważności. Albo wzięta szminka jednak nie jest w takim odcieniu, jaki byśmy chciały, druga, trzecia i czwarta również, dopiero ta piąta jest w miarę ok.

Promocja jest, taniej jest, więc kupię jak najwięcej, nie użyję 1/3 z zakupionych produktów, a wydam 2 razy więcej niż zapłaciłabym za to, co faktycznie byłoby mi potrzebne i za to, co zdołałabym wykorzystać. Ale czy to jest ważne? Najważniejsze żeby koszyk był pełny i żeby inni mieli mniej.

Po co mi tester.

Szala goryczy przelała się, kiedy pojechałam do Rossmana po raz drugi, bo za pierwszym razem nie kupiłam sobie cieni. Po co, skoro miałam ¾ swoich własnych, starych jak świat, ale dających radę? Tylko, że nastąpił mały zgrzyt i moje cienie rozkruszyły się zupełnie, dziwnym trafem wpadając do mojej torebki i tworząc w niej grafitowy armagedon.

To, co zobaczyłam już w sobotę, czyli odgryziona pomadka ( nie tester) sprawiło, że naprawdę zaczęłam się zastanawiać czy do tego sklepu trafiają zdrowi psychicznie ludzie. Pomadka za 25 zł, z rabatem mniej, więc kwota jeszcze bardziej przystępna, była chyba warta tego, aby zachować się w stosunku do niej jak potencjalna świnia i najnormalniej w świecie odgryźć jej czubek. Podobnie było z podkładami, tu panie przynajmniej oszczędziły pompki, ale nie oszczędziły pełnowartościowych produktów i zastąpiły sobie i tak dostępne testery. Po co? Nie wiem.  Żeby było szybciej, żeby inni sobie nie kupili? Pokruszone i rozpakowane cienie do powiek to akurat była rzadkość i spotykała tylko błyszczące grafity, akurat takich, jakich ja szukałam. Nie mogę powiedzieć, że przez te Panie, które postanowiły pozostawić po sobie chlew, ja nie kupiłam tego, co chciałam. Kupiłam, ale niesmak pozostanie mi na bardzo długo.